***


"
Krajobraz, który zawarł w sobie to wszystko, co zostało stworzone na ziemi, by oczarować oczy, umysł i wyobraźnię"


13 marca 2011

Dziewczyna z pięknymi, prostymi włosami

- Ile to zajmie? - zapytała mama, parkując samochód pod salonem Rosy.
- Końcówki i suszenie. Najwyżej pół godziny. Możesz pójść ze mną, lub poczekać w kawiarni - odpowiedziałam.
- Nie, zajrzę do Carmelli. To raptem dwie przecznice dalej. Wpadnij po mnie, gdy będziesz gotowa. Afera jest. Syn nie chce się żenić.
- Nie chce? - spytałam zdziwiona. - A termin ślubu już wyznaczony.
- No widzisz. Odechciało mu się. Zresztą, kto wie, czy nie ma racji. Carmella też jest tego zdania, bo w głebi duszy żal Vita dla Germany. Dziewczę zaborcze. Wybuchowe.
- Wiem, wiem. Słyszałam od Rosarii. Ponoć rzuciła się na niego, gdy chciał wyjechać z pracodawcą.
- Nie tylko wtedy. Spoliczkowała go przy ludziach, bo "maślanymi oczami wodził za turystkami".
- Taki z niego Casanova?
- Nie. To porządny facet. Był zakochany i świata poza Germaną nie widział. Teraz go widzi raczej bez niej.
- Może się jeszcze dogadają - westchnęłam i pomachałam do Rosy stojącej w drzwiach salonu.
Pół godziny później pukałam do drzwi mieszkania Carmelli. Otworzyła Germana. Wysoka brunetka z mocno wycieniowaną, krótką czupryną nieskazitelnie prostych włosów.
- A co ty masz na głowie? - spytała zdziwiona. - Od kiedy nosisz takie loki?
- Od urodzenia, ale zazwyczaj prostuję. Dziewczyny wysuszyły mi włosy suszarką z dyfuzorem. Nie miałam czasu na prostowanie - odpowiedziałam, wchodząc do środka.
- Vito, spójrz tylko na jej fryzurę. Jak baran, daję słowo - stwierdziła, wskazując z odrazą na moją głowę.
- Ależ Germana, Marta wygląda fajnie. Zazdroszczę jej tych loków - odparła Carmella, jej przyszła teściowa. Vito siedział obok mojej mamy i uśmiechał się zażenowany.
- Czyli co, prostujesz? - Germana drążyła temat.
- Prostuję, albo nie. Zależnie od humoru - byłam już lekko poirytowana zachowaniem dziewczyny.
- Gdy są wyprostowane, to jak długo utrzymują się w tym stanie?
- Do następnego mycia. Chyba, że jest w powietrzu para, albo pada deszcz - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Och! Wyobraźcie sobie dziewczynę z pięknymi, prostymi włosami, która umawia się z chłopakiem.
Nagle, na spacerze zaskakuje ich deszcz. I co? Z pięknych, prostych włosów robią się loki. Masakra jakaś. I przekręt. Chłopak czuje się oszukany.
- Oszukany? - zdziwił się Vito. - Chyba zachwycony! Jak świat światem kobiety kręcą włosy, żeby podobać się mężczyznom.
Germana pochyliła głowę i mamrotała coś pod nosem. Nie zrozumiałam słów, ale siedząca wtedy bliżej mama, powtórzyła mi w samochodzie:
- Niech to czupiradło czym prędzej się wynosi.
- Tak powiedziała? Mamo, jestem mężatką, mam dzieci. Nie mam zamiaru z nią konkurować.
- Krzywiła się nawet na mnie - roześmiała się mama.
- Ty to zupełnie co innego. Jesteś wolna i do wzięcia. Nie jakieś tam czupiradło, jak ja - podsumowałam ze śmiechem.
Zaplanowany ślub się nie odbył, ale nie było skandalu.
Germana opuściła miasteczko. Zdaje się, że nikt za nią nie tęskni.

Podróż do archipelagu (2)

Wodolot z Milazzo bujał niemiłosiernie.
- Giu, daleko jeszcze? - zapytałam skulona na siedzeniu, odwróconym przeciwnie do kierunku podróży. - Jeśli tak, to wysiadam.
Dostałyśmy najgorsze, ostatnie miejsca na dolnym pokładzie. Stały ląd oddalał się sprzed oczu w szybkim tempie. Zaczynało mi się kręcić w głowie.
- Jeszcze chwilę. Vulcano jest pierwszym portem w trasie - uspokajała mnie.
Gdyby ktoś jednak usadził mnie inaczej, zobaczyłabym wyrastający z morza masyw, dymiący gdzieniegdzie nitkami szarej pary. A wokół niego szereg mniejszych wysepek i skał zatopionych w wodzie. Wtedy nie zamarudziłabym ani jednym słowem.



Przywitał nas niewielki port, w którym życie wchodziło w jesienne, spowolnione obroty. Zaledwie kilka jachtów i pustych, rybackich łodzi. Gdzieniegdzie garstka turystów, a wszędzie zapierający dech widok.
- W sezonie port tętni życiem - stwierdziła Giuseppina. - Teraz mamy wyspę niemal całą dla siebie.
Minęłyśmy przystań i wspięłyśmy się niespiesznie pod górę. Po prawej stronie drogi z jasnego kamienia, rozciągały się rzędy ustawionych szeregowo, parterowych domków.
- Jesteśmy na miejscu - wykrzyknęła Giu i pobiegła przywitać się z siedzącym na tarasie pierwszego bungalowu mężczyzną.
- Jest ktoś jeszcze? - wołała. - Dzień dobry, panie Tino.
- Dzień dobry, Giuseppina - odpowiedział z uśmiechem, podając jej klucze. - Są ci nowi na końcu alejki i wasz sąsiad, profesor z Messyny.
- Alessandro. Przyjechał z rodziną?
- Jak zwykle o tej porze. Z synem i bez żony. Ona bywa tu tylko latem, poleżeć. A chłop zamiata i myje gary. Co się wyprawia na tym świecie, Giuseppino?
- Musisz wiedzieć, że tu Alessandro jest spalony - szepnęła, gdy szłyśmy aleją w stronę jej bungalowu. - Nawet, gdy małżonek, od wielkiego dzwonu, pomoże ci sprzątać mieszkanie, to pod żadnym pozorem nie może ujawnić tego przed światem. Zyskałby miano pantoflarza w najlepszym wypadku. 
- Wiem, Giu - potwierdziłam ze śmiechem. - Pantoflarza w najlżejszym przypadku.
Cdn.

10 marca 2011

Komórka

- Basiu, widziałaś moją komórkę? - od kilku minut poszukiwałam odłożonego gdzieś telefonu. Ranek wstał piękny, nie nazbyt upalny, choć zapowiadał południowy żar.
- Zadzwonię na nią, pani Marto - zawołała Basia. - A w ogóle to dzień dobry.
- Dzień dobry, pani Marto - Maria dołączyła do niej z porannym pozdrowieniem.
- Dzień dobry, dzień dobry. Jak się spało? Basiu, rozładowana. Próbowałam już na nią dzwonić.
Rozejrzałam się dokładnie po letniej kuchni. Nagle dostrzegłam telefon na wysokim murku, przy wejściu na patio. Tuż obok drzwi prowadzących do wnętrza domu.
- Zacznę go chyba nosić na smyczy - postanowiłam w duchu i wyciągnęłam rękę po aparat.
Przyzwyczajona do gładkiej powierzchni obudowy, w pierwszej chwili zdziwiłam się, wyczuwając nieznany mi kształt. Sekundę później kształt się poruszył i przemknął po dłoni, muskając delikatnie moje palce.
Nie wypuściłam telefonu, choć z całych sił zaczęłam machać obiema rękami.
- To jakiś pająk - myślałam w panice, otrzepując się, jak opętana. - Lepiej zamknę oczy, żeby nie zobaczyć go na swojej dłoni.
Tuż przy nodze usłyszałam ciche, głuche uderzenie.
- Pająk by chyba nie walnął o posadzkę - dedukowałam w myślach, gdy nagle rozległ się wrzask obecnych na patio kobiet.
- O Matko Najświętsza, skarpion! - krzyczała Maria - Prawdziwy skarpion! Biegnie do mnie!
Po otworzeniu oczu natychmiast dołączyłam do grona wrzeszczących.
 - Łaaa! On był na mojej ręce! Na moim telefonie!
Niewzruszony krzykiem skorpion biegł szybko w stronę kratki ściekowej. Maria wdrapała się na krzesło, a Basia zaczęła gonić go z miotłą na długim kiju.
- Jeśli go nie zabiję, wróci i wykończy nas wszystkich - wołała. - Zabiję cholernika.
- Che successo? Co się stało? - blady na twarzy sąsiad, Vincenzo wpadł w dzikim pędzie na taras, a z niego skręcił na patio, potykając się w progu.
Wskazałam mu zwłoki skorpiona, którego właśnie utłukła Basia.
- To cud, że jeszcze żyję. Siedział na telefonie, ręką go przycisnęłam - mówiąc to czułam, że robi mi się słabo.
- Och, Marta. Od razu by cię nie zabił. To nie jest jakiś tam wielki skorpion z Sahary.
- Nie zabił? - zdziwiłam się. Byłam pewna, że skorpiony są śmiercionośne.
- No nie. Do tego potrzeba przynajmniej trzech takich zwierzątek - poklepał mnie po plecach. - Narobiłyście tyle krzyku, że nogi bym sobie połamał. Myślałem, że ktoś was tutaj morduje.
Spojrzałam na truchło skorpiona i trochę go nawet pożałowałam. Nie zabiłby mnie i przecież nawet nie ukąsił, chociaż to ja go zaatakowałam.
Maria nabawiła się skorpionofobii. Bała się siadać na murkach i w miejscach pełnych roślin.
- Ratunku, skarpion! - krzyczała, gdy czuła na skórze nieznany dotyk. Nie przeszło jej to do końca lata.

09 marca 2011

Mleko i salto

- Maria! Idź pościel łóżko, już wstałam. Pan Giorgio wcześniej wyjechał na lotnisko - zawołała Stella, przeciągając się na pierwszym stopniu schodów.
- Pani Marto, co ona mówi? - spytała Maria zaaferowana. Od kilku minut krzątała się w kuchni, przygotowując pracodawczyni lekkie śniadanie.
- Mówi, że trzeba pościelić łóżko - szepnęłam, dopijając ostatni łyk mocnej kawy.
- Maria! Let-to! - powtórzyła  Stella, dzieląc sylaby w słowie łóżko. - O Dio del cielo, ta znowu nic nie rozumie.
- Rozumie proszę pani, już poszła - uspokoiłam ją.
Wyciągałam z piekarnika gorące croissanty, gdy z tarasu dobiegły słowa Marii.
- Signiora! Latte pronto.
- Mleko gotowe, Maria? Jakie mleko? Wiesz, że nie pijam mleka - krzyknęła zdziwiona Stella.
Odwróciłam głowę, żeby móc lepiej obserwować scenkę.
- No latte, signiora. Pościeliłam latte. Na górze, jak pani kazała - tłumaczyła Maria po polsku, wymachując ręką i wskazując palcem do góry. - W pani kamerze. Latte.
- A, Maria! Letto? Chcesz powiedzieć letto? - roześmiała się Stella, zgadując o co chodzi - Chcesz powiedzieć łóżko, a mówisz mleko.  To dobrze, Maria. Bierz się za prasowanie. Albo nie. Sprawdź najpierw pokoje. Zaraz przyjadą dzieci.

*

- Jak tu robicie risotto? - myszkująca w letniej kuchni Stella, zauważyła Rosarię, naszą kucharkę.
- Normalnie, proszę pani. Czy ma być z grzybami?
- Niech będzie. Jak jest przyrządzane?
- Zwyczajnie. Rozgrzany olej, na niego ryż i grzyby. Wszystko podsmażam, a potem podlewam bulionem. Na koniec mogę dodać parmezan.
- Mam nadzieję, że ten bulion wrzący? - zapytała Stella, wtapiając w kucharkę przenikliwe spojrzenie.
- Rozumie się, proszę pani. Bulion się gotuje na oddzielnym palniku, a ja mieszam risotto i dodaję go po łyżce. W trakcie mieszania.
- To dobrze. Maria zrobi nam sos. Maria! Zrobisz sos, taki jak robiłaś w Rzymie. Capisci? Salsa, Maria. Sal-sa.
- Dobrze, signiora. Capisci signiorę - odpowiedziała Maria, przytakując z uśmiechem głową.
Risotto z grzybami pachniało obłędnie. Tak mocno, że aromat zwabił mnie do letniej kuchni.
Maria kończyła przyrządzać sos z wołowiną. Wyglądał apetycznie.
- Gotowe, pani Marto. Zawołam signiorę - krzyknęła uradowana.
- Nie musi pani biegać na górę. Widziałam panią Stellę, jak schodziła na taras.
Maria szybko opuściła patio.
- Signiora! Signiora przyjdzie do tej drugiej kuchni. Zrobiłam salto.
- Che cosa? Hai fatto un salto, Maria? - spytała zdumiona Stella.
- Salto. Tak jak signiora kazała.
- Zrobiłaś salto? Niemożliwe. To niebezpieczne w twoim wieku - odpowiedziała, pokładając się ze śmiechu. - Nie miałaś robić sosu?  Gdzie salsa?
- Tak, signiora. Salsa - Maria zastanawiała się chwilę. - Salsa, nie salto - dodała zadowolona.

Goście, goście

- No więc potrzeba będzie pięciu pokoi. Zaraz, zaraz. My z mężem, to raz. Córka z zięciem, to dwa. Ich dziecko i baby sitter to trzy. Nasz syn Sergio z synową, to cztery. I moja pokojówka - pięć. Dobrze liczę? Pięć.
- Oczywiście. Pięć. Jak sobie pani życzy, signiora - powiedziałam do słuchawki.
- Na cały lipiec i sierpień. Naszymi rzeczami zajmie się pokojówka, jednak będę potrzebować kogoś do prania i prasowania rzeczy dzieci. Jak tam stoicie z obsługą?
- No, mamy pralkę i pokój gospodarczy. Klienci z nich korzystają. Możemy także wozić garderobę do pralni chemicznej.
- Och, nie. Chodzi o kogoś do obsługi - odparła lekko zniecierpliwionym tonem.
- Rozumiem, że będziecie państwo potrzebować dodatkową osobę do pomocy. Pozwolę sobie oddzwonić w tygodniu i podać pani stawki miejscowych pracownic. Będę musiała kogoś dotrudnić.
- Dokładnie. Stawkami proszę się nie przejmować. Byle nie lenia i obiboka, ale pani jest na miejscu i ma lepsze rozeznanie w ludziach. I kucharz. Macie kucharza?
- Kucharkę - odpowiedziałam. - Jest tu od rana do popołudnia. Gdy trzeba, pomaga przygotować kolację.
- Świetnie. Jestem na diecie, więc moje potrawy musi gotować oddzielnie.
- Myślę, że da się z nią to ustalić.
Przyjechała pierwsza. Z mężem i pokojówką.
Wysoka, tęga blondynka z finezyjnie ufryzowanym kokiem. Na  wypielęgnowanej twarzy znać było jeszcze ślady wielkiej, przemijającej urody.
- Musiała być piękną kobietą w przeszłości - pomyślałam i uśmiechnęłam się do niej. - Wygląda, jak dawna gwiazda filmowa.
- Buona sera. Jestem signiora Stella - krzyknęła energicznie.
- Stella to przecież gwiazda - przebiegło mi przez głowę. - Trafiłam.
- Maria! Dove sei?* - zawołała w stronę samochodu. - Maria jak zwykle się guzdrze. Skaranie boskie z tą kobietą. Nie dość, że nie rozumie ludzkiej mowy, to jeszcze żadnego z niej pożytku.
- Idę, idę, signiora - zza otwartych drzwi samochodu dobiegało wołanie po polsku - Jak ja się stąd wydostanę, skoro tu tyle bagażu?
-  Dobry wieczór, pomogę pani wyjść. Zaraz wszystko spokojnie wypakujemy.
- Och, dzięki Bogu! Dzięki Bogu! - wykrzyknęła na dźwięk polskiej mowy. - To ja tu będę u pani, przez całe lato?
- Na to wygląda - stwierdziłam pogodnie, jednak mój uśmiech szybko zastąpiło zdumienie. Zobaczyłam przed sobą bardzo drobną, starszą kobietę. Na oko dobiegała siedemdziesiątki.
- Co ona tu robi? - myślałam zdziwiona. - Dlaczego pracuje w tym wieku, w obcym kraju?
Wkrótce miałam poznać opowieść o życiu Marii. Właściwie pani Czesławy, która na potrzeby włoskiej pracodawczyni otrzymała imię łatwe do wymówienia.

*gdzie jesteś

08 marca 2011

Zapiski podkowiańskie (kwiat paproci).



- Poszli w czwórkę. Dziadek opowiadał, że zawsze się razem trzymali. Jeden z nich, Władek, odwiedził go nawet po śmierci - Alicja odwróciła się do okna i lekko odchyliła kołkową firanę z motywem ryczących jeleni. - Joasia idzie.
- No jestem! - krzyknęła od progu zarumieniona mrozem Joanna, rozcierając zmarznięte dłonie. - Witajcie kochane. Jest ciepła herbata?
- Siadaj, zaparzę świeżą - Julia krzątała się już przy dębowym, rzeźbionym w akantowe girlandy kredensie. Wyjęła porcelanową filiżankę.
- Moja ulubiona, przedwojenny Wałbrzych - Joanna nie kryła zachwytu.
- Altwasser. Stary Zdrój. Prawdziwa piękność od Tielscha. Zostało osiem z całego kompletu - Julia delikatnie odwróciła filiżankę. - Ta jest znakowana sygnaturami malarek. Ala, co z tym dziadkiem? Po czyjej śmierci?
Alicja przeczesała palcami kasztanowe loki.
- Po śmierci kolegi mojego dziadka, najstarszego syna sąsiadów.
- O czym opowiadałaś? - Joanna przykucnęła obok kuchennego pieca dorzucając do środka grubą szczapę drewna. Odwróciła się do Alicji. - Powiedz od początku, proszę.
- O wyprawie dziadka po kwiat paproci. Dopiero zaczęłam.
Wybrali się w czwórkę. Dziadek miał wtedy 12 lat, jego przyjaciele byli w zbliżonym wieku. Rok później zaczęła się wojna.
Umówili się za wsią, na rozstajach. Długo po zachodzie słońca. Gdy weszli do lasu, dawno zapadł już zmierzch. Pachnąca, duszna noc w końcu czerwca. Cykanie świerszczy, nawoływania zwierząt i chmary świetlików, robaczków świętojańskich. Teraz już prawie ich nie ma.
Chcieli dojść do środka lasu, żeby znaleźć zaczarowany kwiat z baśni i legend. Wiedzieli, że zakwita tylko raz w roku, ale potrafi spełniać życzenia.
Szli odważnie, wcześniej długo przygotowywali się do wyprawy.
Kolega dziadka podkradł rodzicom butelkę z wodą święconą, trzymaną od zimowej kolędy w kredensie, w wystawnym pokoju, obok lichtarzy i srebrzonego krzyża. Ten krzyż też zresztą zabrał na wszelki wypadek. Chłopcy spodziewali się spotkania z pilnującymi kwiatu duchami i przewidywali, że to będzie trudna konfrontacja.
Wiedzieli, że tej magicznej nocy, ukryte w ziemi skarby wydostają się na powierzchnię i wirują mieniąc się diamentowo w świetle księżyca. Mówiono we wsi, że wtedy, raz w roku, podziemne skarby się przesuszają, a tego przesuszania pilnują duchy, upiory i dawno zmarli skarbnicy.
Przeszli już spory kawał drogi, gdy zorientowali się, że błądzą. Znajomy las zmienił się nagle w zupełnie obce miejsce. Czas mijał, czuli zmęczenie i coraz większe rozczarowanie, bo nie dosyć, że nie było kwiatu, to nigdzie nie rozbłysł księżycowym blaskiem żaden skarb, ani nawet żadna, choćby najmniejsza moneta.  Świetliki poszły już spać. Ucichły świerszcze.
Rozczarowani chłopcy dostrzegli przed sobą skraj lasu, a za nim łąkę i zabudowania. Za chwilę zacznie dnieć, a oni chyba trafili do sąsiedniej wsi.
Postanowili podejść do pierwszego domu, obudzić gospodarzy i zapytać o drogę. Na wschodzie widać było już pierwszą, nieśmiałą zapowiedź wschodu słońca.  Łąką szły trzy kobiety do porannych sianokosów. Zaskoczone widokiem dzieci w lesie o tak dziwnej porze zatrzymały się i zapytały: "Zgubiliście się w lesie? Nie potraficie trafić do domu?" "Chyba zabłądziliśmy" przyznał mój zawstydzony dziadek i nieśmiało wyjaśnił, dokąd muszą wrócić. Kobiety wskazały im drogę powrotną i oddaliły się upominając, żeby szli prosto do domu.
Skruszone dzieciaki weszły na ścieżkę i jak po nitce, po niedługim czasie, dotarły w znajomy rejon lasu. Jeszcze chwila i opuszczą las, są już bezpieczni.
Całą czwórką, ramię w ramię wyszli na drogę wiodącą do ich wioski. Spojrzeli przed siebie, spojrzeli po sobie i znieruchomieli.
Panowała głęboka noc. Nad nimi rozpościerało się niebo pełne gwiazd, a wysoki księżyc nie miał jeszcze zamiaru ustępować wschodzącemu słońcu. Z najbliższych zabudowań rozległo się pierwsze pianie koguta.
Było tuż po północy.
I tak skończyła się ta wyprawa. Chłopcy popędzili co sił w nogach do domów i stracili ochotę na zdobywanie kwiatu. Ani rok, ani dwa lata później nie planowali już poszukiwań. Potem los rozdzielił ich na zawsze, ale to inna historia.
Czasami dziadek czułym gestem przywoływał mnie do siebie i mówił: "Wiesz, Alusiu, musieliśmy wtedy być bardzo blisko niego, widocznie jednak nie był nam pisany. Rozmawiałem za to z najprawdziwszym duchem i powiem ci kochana, że to był pierwszy, ale nie ostatni raz w moim życiu."

07 marca 2011

Małe podróże

- Cudownie. Jak tak dalej pójdzie, nie dotrę na święta - wyszeptałam z obawą do ucha koleżanki, gdy stałyśmy przed biurkiem sekretarki rektora.
Kończył się kolejny tydzień pobytu w Niemczech. Poinformowano nas, że praca się przedłuży.
- Mogę zapomnieć o miejscu w samolocie. Zostaje mi pociąg i liczne przesiadki - stwierdziłam zmartwiona. - I tak nie zdążę. To dwa dni podróży.
- Spróbuj autobusem - zaproponowała. - Sporo ich jeździ frankfurckiego dworca.
Ściemniało się już, gdy zrezygnowana,dojrzałam reklamę w witrynie starej kamienicy.
"Intermezzo Reisen - skorzystaj z naszych usług, jeśli boisz się latać".
- Owszem, boję się  - pomyślałam. - Wciąż staram się walczyć z lękiem przed lataniem.
- Dzień dobry, czy boi się pani latać? - zapytała pyzata brunetka w wieku mojej mamy.
Zza kontuaru wystawała finezyjnie ufryzowana głowa, a wokół niej kłębiły się obłoki papierosowego dymu.
- Jasne, że tak - uśmiechnęłam się do głowy za pulpitem. - Ale nie jestem tu ze strachu. Muszę być na Sycylii przed świętami, nie dostanę się już na samolot.
- Hmm... Niemożliwe - odpowiedziała. - Mamy komplet na jutrzejszy wyjazd.
- Dzieci czekają - załkałam zgodnie z prawdą, ale celowo użyłam słowa - wytrychu do serc sycylijskich kobiet. - Zapłaczą się, gdy nie dojadę. Proszę.  Jedno, maleńkie miejsce. Przycupnę choćby na schodkach.
- Punktualnie o 6.00. Parking od południowej strony dworca. Autokar jest oznaczony - powiedziała wydając mi bilet, a ja miałam ochotę rzucić się jej na szyję.
 Z początku zdawało mi się, że jestem jedyną osobą, która podróżuje sama. Całe towarzystwo, w świątecznych nastrojach, wciąż wymieniało się miejscami, rozpoznając wśród współpasażerów znajomych, znajomych znajomych, albo miejscowości, które okazywały się znane współtowarzyszom podróży.
- Jadę do C. - chwaliła się matrona w sąsiednim rzędzie.
- Ach, co za szczęście, że panią spotykam, signiora. Stamtąd pochodzi moja teściowa.
Słuchałam rozmów drzemiąc w fotelu, i podejmując, od czasu do czasu, telefon w polskojęzycznym brzmieniu:
- Mama, gdzie jesteś?  Kiedy będziesz? - pytał mój kilkuletni syn.
- Mijamy Francję - odpowiedziałam. - Jeszcze Szwajcaria i całe Włochy.
*
- Rozumiem, że wszystkie paszporty są włoskie - krzyknął szwajcarski celnik, surowo spoglądając na kierowcę autokaru.
W pliku powierzonych mu dokumentów nie było widać mojego paszportu.
- Tak jest! - rzucił kierowca, licząc na szybką, bezproblemową odprawę.
- Co więc tu robi ta pani z Polski? Dlaczego pan wprowadza mnie w błąd?
Podniosłam się z miejsca i ruszyłam w stronę kontrolera.
- Ja jestem z Polski. Jadę do Włoch. Kierowca nie wiedział, że jestem Polką.
- Proszę dokumenty - zawołał.
- Pan ma mój dokument - odparłam po niemiecku, wskazując na paszport tkwiący w jego dłoni. - Tym razem nie mogę ominąć pięknej Szwajcarii w drodze na Sycylię, choć dzięki pana zachowaniu, na przyszłość będę się starać.
- Jechać! - wykrzyknął do kierowcy autokaru.
Miałam przed sobą kraj równie piękny, co nieprzystępny i niewyrozumiały.
 Zupełnie jak Alpy, które właśnie mijaliśmy na trasie naszej podróży.
*
- Proszę pani! Signiora! - zaczepił mnie kierowca autokaru.
Od kilku minut staliśmy na parkingu. Kierowcy się zmieniali. Ten, który mnie wołał, rozłożył właśnie prowizoryczne łóżko na parze autobusowych foteli.
- Mam do pani prośbę. Dotrzyma pani towarzystwa koledze?
- Hmmm? Ja? Dlaczego? - spytałam zdziwiona.
- W nagrodę za szwajcarską granicę - odparł z uśmiechem.- Żartuję. Po prostu będzie mu raźniej jechać. Siedzi pani sama i chciał panią zaprosić. Jest trochę nieśmiały.
- Dobrze, przeniosę się z przyjemnością - odpowiedziałam i zaniosłam podręczny bagaż na podwójne siedzenie obok kierowcy.
Fotel przy mnie nie stał długo pusty.
Kierowca - zmiennik, włączył muzykę przetykaną reklamami Intermezzo Reisen i skoncentrował się na prowadzeniu pojazdu. Nie zamienił ze mną ani słowa.
Obok usiadł pasażer, którego miałam przed chwilą za plecami. Podróżował z żoną.
- To co teraz zjemy? - zgadywała wcześniej małżonka, a jej zafrasowany głos docierał aż do mnie. - Mam kanapeczki z pomidorem i mozzarellą, panini con prosciutto di Parma, a może coś słodkiego? Zjemy coś słodkiego?
- Nie. Mam ochotę tylko na papierosa - małżonek wstał i pobiegł w naszą stronę.
- Ludzie, zlitujcie się, czy tu można zapalić? - zapytał , zanurzając się w sąsiedni fotel.
Milczałam, ale kierowca w końcu się odezwał:
- Nie palimy w autokarze.
- To kiedy będzie jakiś przystanek?
- W Bolonii - odparł kierowca.
- A pani to Amerykanka? - zagrzmiał na cały autobus.
Byłam zdziwiona, że nie zarejestrował incydentu ze szwajcarskim celnikiem i moich rozmów z dziećmi przez komórkę, które toczyłam niemal bezustannie. Być może spał? Lub, nie zwracając uwagi na wydarzenia, zjadał  kanapki podsuwane przez żonę?
- Amerykanka. Wsiadła w Frankfurcie - odpowiedział sam sobie, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że Włosi nie rozpoznają języków.
My je przeważnie rozpoznajemy. Choćbyśmy nawet ni w ząb nie znali francuskiego, to rozpoznamy, że w tym języku toczy się rozmowa. Podobnie bywa z angielskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim, a nawet skandynawskimi, choć te języki mogą mylić się nam z flamandzkimi.
- To chyba kwestia słuchu - pomyślałam. - Może mamy lepiej wykształcony słuch - nie dopuszczałam do siebie myśli, że jesteśmy lepiej wykształceni.
- Amerykanka. Żona żołnierza - mój nowy sąsiad przerwał językoznawcze dociekania. - U nas jest dużo amerykańskich żołnierzy. Pracuję w Hanau.
- Nie jestem żoną żołnierza, ale znam Hanau - odpowiedziałam grzecznie, przypominając sobie miasto na pograniczu Dolnej Frankonii i Hesji.
- Może pójdziemy kiedyś razem coś zjeść?
- Pan przecież nie chce jeść - stwierdziłam ze śmiechem. - Żona podtyka panu coraz to nowe specjały, a pa ucieka.
- Ach, żona...
- Każdy by chciał taką żonę - odparłam, i w tej samej chwili usłyszałam za sobą melodię neapolitańskiej piosenki:
- Tu vuo' fa' ll'americana 
   mericana, mericana... 
   ma si' nata in Italy!
Co oznaczało: udajesz Amerykankę, merykankę, merykankę, ale urodziłaś się we Włoszech.
Żona mojego sąsiada zrobiła niewielki retusz, gdyż tekst w oryginale dotyczył mężczyzny.
 Jej mąż natychmiast wrócił na poprzednie stanowisko, a ja pogratulowałam sobie włoskiego.  Był dobry. Jak widać nie wskazywał na amerykańskie, ale na włoskie pochodzenie.
Na jednym z ostatnich parkingów na Sycylii, z autokaru wysiadła żona. Mąż spał, lub udawał, że śpi.
- Signiora, coś pani wypadło - zawołałam widząc, że kobieta przegląda zawartość kieszeni. Wylatywały z niej przeróżne karteluszki.
- Ach nie, to tylko śmieci - odpowiedziała z uśmiechem.
Karteczki zawirowały w powietrzu, by upaść wprost na jej buty. Strzepnęła je, i wsiadła do autokaru.


03 marca 2011

Podróż do archipelagu.

Giuseppina zadzwoniła w połowie września.
- Szykuj się. Porywam cię na weekend.
- Dokąd? - spytałam zaskoczona. Łapałam oddech po ciężkiej, wakacyjnej pracy. W pensjonacie od tygodnia królowała mama.
- Niedaleko. Vulcano i okolice.
- To tam, gdzie macie bungalow? - przypomniałam sobie, że rodzina Giu rezyduje latem na wyspach Archipelagu Eolskiego.
-  Pojedziesz? - zapytała. - Odstawimy samochód na przegląd w Messynie i popłyniemy wodolotem na wyspy.  Piątek Vurcanu*, sobota - Lipari, a w niedzielę rano coś tam wymyślimy. O ile będziemy mieć siłę - roześmiała się.
- Zabierasz mnie z sobą do pomocy w sprzątaniu? - zapytałam wesoło. - Jeśli tak, to stanowczo odmawiam. Od tygodnia pucuję, pod dyktando mamy.  Pomogę ci później, gdy nabiorę trochę sił do pracy.
- Nie żartuj, moja droga. Dom dawno wysprzątany. Odpoczniesz u mnie. A poza tym, chyba nigdy tam nie byłaś?
- No nie.
- To nie ma o czym mówić. Będę w piątek. O siódmej rano. Zgoda?
- Zgoda - odpowiedziałam, nie zdając sobie sprawy, że długo jeszcze będę gratulować sobie tej decyzji.
 Giu przyjechała punktualnie.
- O kurczę blade, nie wsiadam! - krzyknęłam, widząc na podjeździe wiśniowy model oldtimera. - Skąd wytrzasnęłaś takie auto? Musiałabym też się do niego jakoś dopasować. Inaczej narobię ci wstydu - stwierdziłam, spoglądając z niesmakiem na moje ciuchy. Jeansowe szorty i czarny podkoszulek zupełnie nie pasowały do eleganckiego kabrioletu.
Giuseppina połozyła ręce na kierownicy. Zauważyłam białe, ażurowe rękawiczki z delikatnej skóry.
Na głowie miała ślicznie uwiązany szal w drobne groszki, dostrzegłam też jasną sukienkę z bufiastymi rękawami.
- Spyder. Aston Martin, rocznik 1956 - zawołała do mnie. - Biegnij się przebrać. Poczekam.
- Ale skąd masz taki samochód? - zapytałam, gdy w nowej, błękitnej sukience, mościłam się na siedzeniu pasażera.
- Z Rio de Janeiro. Przypłynął razem z resztą ruchomego dobytku Antonia.
- Udało ci się wreszcie zakończyć sprawy spadkowe? - spytałam, myśląc o zmarłym przed trzema laty mężu Giuseppiny. Przed śmiercią mieszkał w Brazylii.
- Jak widzisz. Ale ten samochód i dla mnie był zaskoczeniem. Nie wiedziałam, że Antonio go kupił.
- Zyskałaś wspaniałą pamiątkę - uśmiechnęłam się do niej. Miała za sobą wiele trudnych przeżyć, jednak nie traciła pogody ducha.
Podczas postoju, który zarządziłyśmy w połowie drogi do Messyny, podbiegł do nas mężczyzna około pięćdziesiątki. Z zaparkowanej opodal terenówki wychodził drugi, młodszy pasażer.
- Jaka cena? - zapytał Giu, słusznie ją biorąc za właścicielkę Astona.
- Nie ma ceny - odpowiedziała z uśmiechem. - Samochód nie jest na sprzedaż.
- Na pewno jakoś się dogadamy - odparł. - Patrz tylko na to cacuszko - zwrócił się do swojego kompana.
- Tato byłby go w stanie od pań odkupić - odezwał się młodszy mężczyzna. - Cena nie gra roli.
- Ależ proszę panów! - wykrzyknęła zniesmaczona Giuseppina - Nie jesteśmy na giełdzie.
Spojrzała na mnie.

- Zbieramy się, Marta. Chyba nie wyprowadzę już tego auta z garażu.
- Nie dziw się, że samochód budzi taki podziw i chęć posiadania - odpowiedziałam. - A jak cudownie się nim jedzie. Nic nie jest w stanie popsuć nam radości, prawda?
- Prawda - stwierdziła z uśmiechem.
Przez resztę niespiesznej podróży podziwiałam krajobraz wokół autostrady. Góry, skały, gdzieniegdzie prześwitujący błękit morza. I choć roślinność po upalnym lecie mieniła się wszystkimi odcieniami sepii, wciąż kwitły białe i różowe oleandry na pasie oddzielającym wstążki drogi.
- Pięknie - westchnęłam. Nie spodziewałam się, że wkrótce będę miała szczęście oglądać widoki, o jakich nigdy dotąd nie śniłam.

*nazwa używana w dialekcie

01 marca 2011

Słoneczne wyróżnienia

Mimo, że mój staż w blogosferze, jest krótki i absolutnie znikomy, udało mi się otrzymać dwa, niezwykłe miłe wyróżnienia.
Formuła tych wyróżnień przewiduje wybranie swojej dziesiątki faworytów ( tylu na razie w swojej zieloności jeszcze nie zbiorę:)) oraz, między innymi, podziękowanie i umieszczenie u siebie linków do wyróżniających nas blogów.
Chciałabym o nich napisać nie tylko ze względu na procedurę.  Naprawdę warto tam zajrzeć, by podładować akumulatory.
Warto, żeby dowiedzieć się tylu wspaniałych, ciekawych rzeczy o innej kulturze, ludziach, tradycji, o dniach świątecznych i powszednich.
Warto, żeby zachwycić się słowem pisanym i fotografiami.
Myślę, że wszyscy, niepokojeni ciasnotą światopoglądu licznych ksenofobów, powinni tam zajrzeć, by odetchnąć i stwierdzić, że świat jest dobry, ludzie jeszcze lepsi - mądrzy i wspaniale wychowujący swoje dzieci.
Wiem, że większość czytelników zagląda do mnie dzięki tym blogom, lecz gdyby zbłądził tu kiedyś zagubiony wędrowiec, serdecznie polecę mu:
Blog Mamy Ammara - mieszkającej w Jordanii Polki, mamy wspaniałego czterolatka:
http://jordaniaokiempolki.blogspot.com

i Blog Arabelli - mamy dwóch przemiłych szkrabów, ambitnej pani doktor, polsko-jordańskiego "mixa" :):
http://arabellamix.blogspot.com




Ach, i jeszcze o tym, co mnie uszczęśliwia: 
Rodzina, praca, pasja i spokój. To ostatnie raduje zawsze zodiakalne byki:)
Rodzina to mąż i troje fantastycznych dzieci. Praca i pasja zarazem, to między innymi sztuka i antyki.
A spokój, to ciepło domowego ogniska i radość z tego, że jesteśmy razem.

Claudia

- Ot, małe, schowane w górach miasteczko, bez większych atrakcji. Naprawdę, wszędzie stamtąd daleko. Godzina jazdy nad morze, kawał drogi do Palermo, jeszcze dalej do Katanii. Młodzi uciekają, okoliczne farmy pustoszeją. Spodoba ci się arabska architektura, ale nie na tyle, żebyś chciała tam wracać.
- Najbardziej zależy mi na tych obrazach - tłumaczyłam Ani, pasjonatce wyspy i jej mieszkańców.
Słyszałam, że w miasteczku rezyduje malarz, słynący w okolicy ze swoich prac. Chciałam przyjrzeć się jego obrazom.
- Pojedziesz sama? - zapytała Ania.
- Jasne. Zrobię sobie wycieczkę w głąb wyspy.
Wyposażona w mapy i nawigację samochodową,  ruszyłam z domu przed jedenastą, żeby po sjeście dotrzeć na miejsce.
- Musi tu mieszkać sporo malarzy - myślałam, mijając nieliczne sklepy przy głównej ulicy miasteczka. Niemal co drugi miał w asortymencie akcesoria malarskie. Profesjonalne farby, blejtramy, a nawet drewniane sztalugi.
Wysiadłszy z zaparkowanego w cieniu samochodu, skierowałam się na niewielki, skąpany w słońcu rynek. Nim odnalazłam pracownię malarza, zwróciłam uwagę na osobliwe zachowanie mężczyzny w średnim wieku. Wypakowywał z ciężarówki pojemniki pełne żywych, kolorowych kwiatów, szykując najwidoczniej stoisko handlowe.
Nagle spory, szklany wazon wypadł mu z rąk, rozbijając się na kamiennych płytach chodnika. Nie byłoby w tym może niczego dziwnego, w końcu każdemu zdarza się upuścić coś od czasu do czasu, gdyby nie przeświadczenie, że stało się to z mojego powodu.
Wpatrywał się we mnie stojąc nieruchomo, nie zwracając uwagi na odłamki szkła pod nogami.
Zastanawiałam się, czy nie spotkaliśmy się kiedyś, ale nie odnalazłam w pamięci jego twarzy. Nie pojawiła się również, towarzysząca mi w takich przypadkach, obawa o popełnienie faux pas, z powodu wrodzonej skłonności do zapominania wyglądu osób, którym powinnam się kłaniać.
Czasami, gdy ktoś wydał mi się znajomy, a nie wiedziałam skąd, wolałam pierwsza mu się ukłonić, bo dobrze pamiętałam swoje zażenowanie, gdy nie poznałam i nie pozdrowiłam własnej sąsiadki.
Uśmiechnęłam się i odwróciłam głowę.
- Jeśli mnie zna, to sam podejdzie - pomyślałam i weszłam do pracowni.
Oczarowana wizytą w galerii, dopiero wychodząc przypomniałam sobie o człowieku z kwiatami.
Przy straganie krzątał się teraz jakiś młody chłopak. Nie było śladu po mężczyźnie od rozbitego wazonu.
Skierowałam się w stronę samochodu.
- Claudia! - za moimi plecami rozległo się wołanie.
- Claudia! - ktoś krzyknął jeszcze głośniej. W głosie brzmiała nadzieja, radość i niedowierzanie.
- Nie obejrzę się, by nie wyjść na ciekawską - myślałam. - W końcu imię Claudia do mnie nie należy, choć bardzo mnie korci, żeby dowiedzieć się, jak wygląda tajemnicza Claudia i posiadacz stęsknionego głosu.
- Claudia! Please, wait - wydyszał ktoś tuż moim przy uchu.
Przede mną, na chodniku, nie było nikogo. Ze zdumieniem stwierdziłam, że słowa są kierowane do mnie.
Odwróciłam głowę.
Facet od rozbitego wazonu stał pół kroku z tyłu i wpatrywał się we mnie tak intensywnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
- Nie jestem Claudią, pomylił mnie pan z kimś - powiedziałam po włosku. Zrobiło mi się odrobinę przykro, że muszę go rozczarować.
- Tak, teraz widzę. Przepraszam. Dziś Claudia musiałaby być od pani starsza. To niemożliwe. Ta sama twarz, sylwetka, włosy. I chodzi pani tak samo - zdawał się być ogromnie poruszony. - Nie spodziewałem się, że kiedyś znów ją zobaczę.
- Przykro mi, jestem Marta - uśmiechałam się zażenowana. - Ja nawet nie znam żadnej Claudii.
- Mam na imię Charlie. Najmocniej przepraszam za moje zachowanie. Nie zdarza mi się zaczepiać i niepokoić kobiet na ulicy - jego spojrzenie nie traciło intensywności.
- Nic się nie stało - zapewniłam z uśmiechem.
Byłam ogromnie ciekawa nieznanej, podobnej do mnie, angielskojęzycznej Claudii i  - jak intuicyjnie wyczuwałam - historii miłości tych dwojga, dlatego nie oponowałam, gdy zapytał:
- Marto, czy da się pani zaprosić na lody, w kawiarni obok? Zrobi mi pani wielką przyjemność. Ten dzień będzie dla mnie niezapomniany.
- A co z pana kwiatami? - spytałam.
- Och, rzeczywiście, przepraszam na moment - odbiegł w stronę straganu, by po chwili wrócić z naręczem najdłuższych, pąsowych róż, jakie kiedykolwiek widziałam.
- Prowadzę stragan z siostrą i jej synem. Siostrzeniec mnie zastąpi - uśmiechnął się, wręczając mi kwiaty. Oszołomiona widokiem bukietu, przyjęłam je bez słowa.
- Minęło ponad dwadzieścia lat, odkąd widziałem ją po raz ostatni. Nie wiem gdzie mieszka, czy wyszła za mąż i czy w ogóle żyje. Nim opuściłem Kanadę, słyszałem, że wyjechała z miasta.
Zbliżał się wieczór, a ja, zasłuchana w opowieść Charliego, zupełnie straciłam poczucie rzeczywistości.
Opisywał młodość i miłość w Vancouver. Subtelną, osieroconą przez rodziców Claudię, która różniła się od koleżanek Charliego - głośnych, kruczowłosych córek sycylijskich emigrantów.
Zabierał ją w góry, wspólnie podziwiali zachody słońca z Parku Stanleya, spędzali długie godziny w Chinatown, wśród prowizorycznych straganów i barów z najdziwniejszymi, orientalnymi potrawami.
- Chciała, żebym skończył studia i stał się porządnym facetem. Własny dom, ogród, gromadka dzieci. A ja jej tego nie dałem - westchnął zmartwiony - To miał być ostatni skok z kolegami. Nie powiedziałem jej, bo nigdy by się nie zgodziła. Miałem zobowiązania wobec kumpli z dzielnicy.
-  I wszystko się posypało? - spytałam, wyginając wargi w podkówkę.
- Marto, ty nawet układasz usta jak ona - niepostrzeżenie przeszedł ze mną na "ty". Wypadło to bardzo naturalnie.
- Oszukałem ją. I wpadłem.W areszcie, podczas oczekiwania na deportację, nie mogłem już niczego naprawić. Zostawiłem ją samą na świecie.
- Nie chciałeś wrócić po odbyciu wyroku? Nie chciałeś jej odnaleźć?
- Nigdy niczego bardziej nie pragnąłem, mam jednak dożywotni zakaz powrotu. Zresztą, w przeciwieństwie do mnie, na pewno ułożyła sobie życie.
- Ale widocznie nie jestem taki zły, skoro Pan obdarowuje mnie cudami. Dzisiejsze spotkanie jest jednym z nich - nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, delikatnie uniósł moją dłoń, przyłożył do ust i lekko musnął wargami.
Nim odprowadził mnie do samochodu, wrócił na chwilę do ciężarówki.
- Poczekaj, przyniosę coś i ci pokażę - zawołał.
Sięgnęłam po skórzane etui, gdzie w czerwonym passe-partout, tkwiło zdjęcie formatu A6.
W tle nabrzeże portu i wysokie budynki miasta. Na pierwszym planie stałam ja, radosna, roześmiana, ufnie zatopiona w objęciach młodego mężczyzny.
 Odczytałam głośno lekko już starty napis na kartonie ramki:
- "Moja Claudia i ja. Vancouver, maj 1987".  Ale ja wtedy byłam w Polsce. Byłam dzieckiem - szepnęłam zdumiona.
- Teraz rozumiesz? - zapytał wzruszonym głosem.
- Rozumiem - odpowiedziałam cicho, choć w głębi duszy byłam przekonana, że nigdy nie uda mi się pojąć magii niektórych zjawisk i zdarzeń.

27 lutego 2011

Wyspa skrajności

Rzadko bywałam w miejskim apartamencie Gabrieli, ale wizyty tam, zawsze zapadały w pamięć.
Budynek zabytkowej kamienicy mieścił się tuż przy dużym parku, gdzie rosły wysokie na kilka metrów fikusy, piękne okazy bananowców i rozłożystych filodendronów.
Cienistymi alejkami villi przechadzały się opiekunki i nianie ze swoimi podopiecznymi, a w porze sjesty, park zapełniał się cierpiącymi na bezsenność, żwawymi staruszkami, którzy siadali na ławkach, w pobliżu fontanny i toczyli poważne dysputy.
Wyglądając przez okna mieszkania Gabrieli, miało się prawie cały park jak na dłoni, a jeszcze lepiej było go widać, gdy wychodziło się na rozległy taras.



Któregoś dnia, skuszona perspektywą kontemplowania egzotycznej, rozbuchanej zieleni, żwawym krokiem ruszyłam na taras, gdy nagle mój nos, z ogromnym impetem, uderzył w niewidzialną przeszkodę. Drzwi, oddzielające balkon od mieszkania, okazały się posiadać nieskazitelnie czystą, dużą szybę.
Skończyło się to pokaźnym siniakiem i opuchniętą, środkową częścią twarzy, ale nie wpłynęło na moją ciekawość tego miejsca.
Wielki świat zaczynał się tu już od podjazdu, na którym ustawiano najnowsze modele samochodów.
W olbrzymim, rozświetlonym blaskiem wielkich, kryształowych żyrandoli holu, który aż po sufit wyłożono marmurem w kolorze capuccino, dyżurował concierge - przystojny Sergio.
Przebrany w piękną, granatową liberię z lampasami i dekoracyjnymi pagonami na ramionach, prowadził gości do zabytkowej, zamykanej kutą kratą windy, i osobiście wciskał jeden z pięciu guzików.
- Poproszę na czwarte piętro - wydukałam nieśmiało. Tu każde piętro należało w całości do jednej rodziny.
- Oczywiście, proszę pani - Sergio z uśmiechem zamknął za mną kratę i rozpoczęłam, przydługą jak dla mnie, podróż na górę.
- Dziś musisz dzwonić dłużej, bo pokojówka ma wychodne. W domu jest tylko nowa kucharka i miną wieki, zanim usłyszy dzwonek. Wrócę najszybciej, jak tylko będę mogła - stojąc przed drzwiami przypomniałam sobie wskazówki Gabrieli.
Kucharka zjawiła się prędzej, niż się spodziewałam. Przyglądając się jej pomyślałam, że musi być w wieku mojej mamy. Być może nawet trochę młodsza.
- Buona sera, signiora. Proszę, proszę. Pani mówiła, że mam na signiorę poczekać. Głodna może? Mam kiełbaski w pomarańczowym sosie, z dodatkiem świeżego lauru. Zje?
- Nie, dziękuję. Wolę troszkę wody.
- Niech siada w salonie. Zaraz przyniosę - obróciła się na pięcie i zniknęła na końcu długiego korytarza.
Już po chwili, z uśmiechem, podawała mi kryształową szklankę.
- A wie signiora, że moja córka wyszła za mąż za karabiniera? - chętna do rozmowy, przysiadła na skraju antycznej rekamiery.
- Tak? - zapytałam, bo nie bardzo wiedziałam, co na to odpowiedzieć.
- Tak, tak - westchnęła radośnie - uśmiechnęło się do niej szczęście.
- To świetnie - zapewniłam.
- Wesele mieli. Obiad na trzy dania.
- Domyślam się, że smaczny - odpowiedziałam, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu.
- Pani nie włączyła sekretarki. Zapomniała, że Carla ma wychodne. Dzwoni i dzwoni. Już któryś raz - wyznała zmartwiona.
- To proszę odebrać - nie rozumiałam problemu.
Podniosła słuchawkę z pewnym ociąganiem.
- Słucham. Mieszkanie pani Gabrieli - wysapała. - Nie, nie ma jej w domu. Dobrze, proszę poczekać, przyniosę coś do pisania.
Odłożyła słuchawkę na stolik, wyszła z salonu i po krótkiej chwili wróciła z powrotem, lecz ku mojemu zdziwieniu, zamiast podjąć przerwaną rozmowę, stanęła przede mną, wręczając mi kartkę i ołówek.
- Niech tu zapisze kto dzwoni i numer.
Pomyślałam, że źle się poczuła. Podeszłam do telefonu i zapisałam, co podyktował rozmówca.
Spojrzałam na nią zaniepokojona. Nie sprawiała wrażenia chorej. Natychmiast zresztą zaczęła kontynuować opowieść o weselu córki.
I nagle mnie olśniło.
Była niepiśmienna.

Fotografia panoramy umieszczona dzięki uprzejmości Salvo Lo Grasso.

Mozart i widokówki

- Praga i Wiedeń. Zgadzasz się, Marto? - Rosa częstowała mnie mrożoną herbatą domowej roboty. Dodała do niej liście świeżej mięty. Napój był słodki i orzeźwiający. Jej siostra, Pia, patrzyła z wyczekiwaniem.
- Dziewczyny, co kombinujecie? Że niby ja mam z wami jechać? - spytałam zaskoczona, sącząc pyszną herbatę z oszronionej szklanki. - Rosa, natychmiast potrzebuję przepis! Herbata, mięta, cukier i cytryny. Coś jeszcze?
- Nic, cały sekret tkwi w zamrożeniu. Zamrażasz, rozmrażasz i gotowe.
- Pokrywamy wszystkie koszty. Jedziemy w czwórkę. Ty, my i Giuseppe. Wystarczą dwa dni - Pia miała gotowy plan wycieczki.
- Dlaczego ja? Za przewodnika? Nie znam zbyt dobrze Pragi ani Wiednia. - oponowałam słabo.
- Marta, znasz języki. Pospacerujemy, zrobimy zakupy, rozerwiemy się trochę w wielkim świecie - przekonywała Rosa.
- A co wy zdążycie zobaczyć w dwa dni? Zabraknie czasu na Pragę, a do Wiednia w ogóle nie ma sensu jechać.
- Och nie! Musimy, choćby na chwilę. Koniecznie! - wykrzyknęła Pia.
- W takim razie chcę uczciwie wiedzieć o co chodzi - zażądałam kategorycznie. - Inaczej nici z mojego towarzystwa.
- Powiemy jej? - spytała Pia, wpatrując się w starszą siostrę. Rosa przytaknęła skinieniem głowy.
- Antonia była w Pradze. Rozumiesz? Nie możemy być gorsi.
Antonia przejęła po rodzicach konkurencyjny zakład fryzjerski, w północnej części miasteczka. Obie firmy na pozór utrzymywały przyjazne relacje, jednak w rzeczywistości prowadziły wieloletnią wojnę podjazdową.
- Skąd wiecie, że tam była? - spytałam.
- Przysłała nam pocztówkę. Franca jedna! Żeby tylko nam. Wszystkim w mieście wysłała! - wykrzyknęła Rosa wzburzonym głosem. - Teraz to po prostu musimy tam jechać. I jeszcze ten Wiedeń przyszedł nam do głowy, bo tam na szczęście nie dojechała. Z Pragi do Wiednia blisko, prawda, Marta?
- W sumie nie jest daleko. A dlaczego Giuseppe chce jechać z wami?
- No wiesz, ma kolegów na studiach w Palermo - Pia opowiadała o ich młodszym bracie. - Praga i Wiedeń są w modzie. Dużo w tym sezonie znaczą. Naszym zdaniem powinien pojechać, żeby powysyłać widokówki.
- Wyślijcie za niego - zaproponowałam ze śmiechem.
Uznały jednak, że zabiorą brata.
Nie udało mi się namówić znajomych na choćby pobieżne obejrzenie Pragi. W Wiedniu jednak, natychmiast po powrocie z poczty, zażądałam spaceru do Parku Miejskiego.
Wokół lśniącego w słońcu, wykonanego z pozłacanego brązu pomnika Straussa, zebrało się sporo turystów.
- Marta, skoro już tu jesteśmy, to zrób mi zdjęcie z Mozartem! - wykrzyknął Giuseppe tęgim basem.
Zwrócił się do mnie włosku, lecz całe, obecne tam, międzynarodowe towarzystwo, wybuchnęło gromkim śmiechem.

25 lutego 2011

Figura

- Signiora Marta, jak dobrze panią widzieć. - Młody Franciszkanin stał obok furtki i wymachiwał ręką w moją stronę.
Przed bramą piętrzyły się skrzynki wypełnione pomidorami i brzoskwiniami.
- Panie Vincenzo! Co za niespodzianka! - wołałam, biegnąc w jego stronę. - To dla nas, te owoce? Dziękuję! Bardzo uprzejmie z waszej strony. Nie zasłużyłam na te wszystkie dobra! Mogliście sprzedać. Pieniądze bardziej by się wam przydały.
Vincenzo pochodził z arcybogatej, szlacheckiej rodziny.  Mówiło się, że mocno skoligaconej z królami.
Od dziecka nosił tytuł hrabiego, ale nie posługiwał się nim i nie utrzymywał kontaktów z matką.
Po śmierci ojca i ukończeniu studiów, zaszył się w małym, lokalnym opactwie Franciszkanów, które utrzymywało się z handlu rozsławionymi na cały region, owocami.
- Signiora Marta, nie jestem tu bezinteresownie - przyznał z niewinnym uśmiechem. - Potrzebujemy pani pomocy.
- Jakiej?  - spytałam zaciekawiona.
- Przed bramą klasztoru, wie pani, stoi posąg.
Spróbowałam odtworzyć w pamięci skaliste wzgórze w głębi wyspy, a na nim budynek otoczonego murem klasztoru.
I wejście, przed którym niegdyś ustawiono wysoką na trzy metry figurę.
- Pamiętam. Stoi tam posąg Franciszkanina.
- W opłakanym stanie - westchnął Vincenzo. - I właśnie chcieliśmy prosić, żeby nam pani pomogła.
- W odnowieniu figury? - spytałam, bo zdałam sobie sprawę, że mogło chodzić jedynie o to.
- Nie jesteśmy w stanie zapłacić gotówką. Możemy przywozić pani owoce, pomagać w prowadzeniu pensjonatu, sprzątać, a nawet przysłać kucharza. Zgodziłaby się pani, Marto?
- Myślicie, że dam sobie radę? To stary posąg, z resztkami farby, z wieloma ubytkami - przywołałam w myślach wygląd figury.
- Odnawiała pani freski, restaurowała posągi. Da pani radę.
- A nie wolelibyście, żeby posąg pozostał takim, jakim uczyniły go mijające lata?
- Niektórzy by woleli, ale większość chce widzieć lśniącą, odnowioną figurę.
- Dobrze. Zrobię to bez gratyfikacji. A pan, Vincenzo? Przy której opcji się pan skłania? - spytałam zainteresowana nowym wyzwaniem.  - Przy starej, okrytej patyną figurze, czy odnowionej, błyszczącej kolorami?
- Szczerze mówiąc, wolałbym nową - westchnął Vincenzo. - Patron zasługuje na najwyższe względy, a jego posąg, w obecnym stanie, niechybnie wkrótce się rozleci.
- Nie pozwolimy na to!- wykrzyknęłam, planując zadanie.
W ciągu kolejnych tygodni zjawiałam się z w odległym klasztorze z dużą częstotliwością.
Spędzałam długie godziny na przywracaniu figurze pierwotnego blasku.
Za każdym razem z zadowoleniem stwierdzałam, że mam gromadę oddanych pomocników. Podtrzymywali, podawali gips i farby, raczyli posiłkami i niecierpliwie wyczekiwali ukończenia pracy.
Efekt wspólnych wysiłków został uwieczniony w materiałach  lokalnej telewizji, a ja otrzymałam płytę z nagraniem odsłonięcia odrestaurowanego pomnika.
Vincenzo zwoził nam potem skrzynki wspaniałych warzyw i owoców.
Przywozi je zresztą do dziś, chociaż uważam, że dawno już zdołał odpłacić za pomoc.

24 lutego 2011

Właściciel

- Dzień dobry. Czym mogę służyć? - zawołałam do pary zaglądającej w okna od strony ogrodu. Tratowali rząd leśnych poziomek, które z trudem udało mi się przesadzić. Zaowocowały dopiero w tym roku.
- Jest właściciel? - zapytał mężczyzna o lśniących, zaczesanych do tyłu włosach. Jego towarzyszka obrzuciła mnie niecierpliwym spojrzeniem i nadal bezceremonialnie deptała rośliny, próbując zajrzeć do wnętrza pokoju.
- Proszę pani, dom można obejrzeć od środka - w myślach żegnałam się z wizją poziomkowego podwieczorku. - A ten pokój jest i tak, niestety zajęty - stwierdziłam kategorycznie.
- Nie rozumie pani, że mąż chce rozmawiać z właścicielem? Do you speak english? Please, call your owner - wycedziła, kalecząc angielski akcent.
- A to ci heca - pomyślałam.
Co prawda ani dres, w którym pomagałam Basi przy generalnym sprzątaniu, ani zmiotka i szufelka w dłoni, nie wskazywały na moją, rzeczywistą rolę, jednak byłam przekonana, że nawet tu musiała dotrzeć wiedza o zakończeniu czasów niewolnictwa..
- I don't have any owner - stwierdziłam z uśmiechem.
- Nie mam właściciela - powtórzyłam po włosku, kręcąc głową.
- Niech pani wreszcie zawoła właściciela - zniecierpliwiony mężczyzna spojrzał na zegarek i wysyczał, dzieląc sylaby: - Wła-ści-cie-la pen-sjo-na-tu.
- Przykro mi, nie mogę.
- Jak to? Nie ma go? - wtrąciła dziewczyna.
- Jest, jak najbardziej - odpowiedziałam, siłą powstrzymując się od śmiechu.
-  To proszę zawołać! Ma pani z tym problem? - rzucił mężczyzna, przestępując z nogi na nogę.
- Widocznie ma problem - denerwowała się jego żona, piskliwie podnosząc głos. - Ciekawa jestem tylko jaki?
- Rzeczywiście, mam problem z wołaniem właściciela - wyjaśniłam uprzejmie. - Widzicie państwo ludzi na tarasie sąsiedniego domu? - skinęłam w stronę willi sąsiadów.
- Tak, i co z tego? - zapytał mężczyzna - Może wśród nich jest ten właściciel?
- Nie, tam nie ma. Za to dokładnie słychać nasze głosy.
- Jedziemy skarbie, to jakaś wariatka - stwierdziła dziewczyna, odwracając się w stronę lśniącego kabrioletu.
- Zaraz, kochanie. Ja to wyjaśnię do końca. Przecież spodobał ci się hotelik i widok na zatokę. Nie będziemy rezygnować z powodu tej pani.
- Obawiam się, że polecą głowy i pożegnamy się z pracą w tym pięknym miejscu! - rzucił ze złością, grożąc mi palcem. - Chyba, że pani rzeczywiście zwariowała i chce się narazić na nieprzyjemności.
- Właśnie chodzi o to, żeby nie wyjść na wariatkę - odparłam, krztusząc się śmiechem. - Wybaczcie państwo, ale nie będę wołać samej siebie w obecności sąsiadów i personelu. Wzięliby mnie za osobę niepoczytalną. Nie zrobię tego nawet dla potencjalnych gości mojego pensjonatu.
-  Aha, to do widzenia - mężczyzna dłuższą chwilę oglądał czubek lakierowanego buta, po czym wytarł z niego niewidoczny pyłek.
- Powiedziałabym raczej: żegnam - odpowiedziałam sucho.
Zanim zamknęłam okno, spojrzałam jeszcze na zdewastowane krzaczki poziomek. Może uda się zebrać choć jeden, mały pucharek.

Dobre życie

Salvatore zaprosił nas na obiad.
Świeżo nabyty dom, ściśnięty w chaotycznym szyku z innymi budynkami miasta w głębi wyspy, był dumą jego żony - Marii.
Od progu, szerokimi drzwiami, wchodziło się do soggiorno, gdzie Toto wieczorami garażował auto.
W dzień pomieszczenie stanowiło kuchnię, jadalnię i pralnię. Stał tu niewielki telewizor i wydzielono kącik zabaw dla sześcioletniej Concetty.
- Nie nakrywałam w salonie, bo się nanosi z dworu - tłumaczyła Maria, zapraszając nas do zastawionego stołu. - Tu będzie wygodnie. Akurat w sam raz.
Jedna po drugiej, dyskretnie, obejrzałyśmy nasze buty. Nie zostawiały śladów na terakotowej posadzce.
Wzorzysty, wypełniony makaronem talerz, w pierwszej kolejności stanął przed Salvatore.
Maria nakładała drugą porcję.
- A pani to skąd? Cudzoziemka? Amerykanka może? - zwróciła się do mnie, podając obiad Gabrieli.
 - Jestem z Polski - odparłam, cierpliwie oczekując na moją kolej.
- Tu była kiedyś taka Polka. Czy Rosjanka? Wszystko jedno.
- To spora różnica - wyjaśniłam, wciągając nosem obłędną woń bazylii i owczego sera.
- Naprawdę? Ja jej pomogłam. Zaniosłam ubrania po Concettcie dla dziecka. I teraz, widzi pani? Za trzy miesiące urodzę syna.
- Widzę, gratuluję państwu - uśmiechnęłam się obserwując korpulentną, dumnie wypinającą brzuch kobietę.
Maria późno wyszła za mąż. Właściwie pogodziła się już ze staropanieństwem, gdy na jej drodze stanął sporo starszy i niższy o głowę, drobniutki Salvatore.
Concetta urodziła się w rok po ślubie.  Maria jednak czekała na syna.
- Jak ja się, proszę pań, każdego dnia modliłam. Robiłam dobre uczynki i czekałam, aż nasz święty mnie wysłucha - złożyła ręce jak do modlitwy. - Trwało to sześć lat, a teraz nasz syn będzie nosił jego imię.
- Jak wielu chłopców w tej miejscowości - wtrąciła Gabriela.
- Tak, bo nasz święty naprawdę pomaga. Ja to mam dobre życie. Niczego więcej, prócz syna, nie chciałam. Mam własny dom i troskliwego męża - westchnęła, spoglądając z czułością na drzemiącego przy stole Salvatore. - Mogłam trafić gorzej, bo wiem, ilu złych ludzi jest na świecie.
Kończyła polerować stalowe palniki kuchenki gazowej, gdy dodała:
- Jest tylu złych ludzi. Mnie się udało. A takie rzeczy widziałam w serialach...

17 lutego 2011

Miłość

Basia wróciła z domu po świątecznym urlopie. Od chwili, gdy wsiadła do samochodu, właściwie nie zamykała buzi.
- Pani Marto!  A mój tata z moim wujkiem wzięły i pomalowały mi pokój. Jak ja się cieszyłam, jak przyjechałam.
- To fajnie, Basiu - wtrąciłam. - I co tam jeszcze w domu?
- Dobrze. Ile mama mi dla pani nadawała. Ciasto mam, ogórki. Aha i kiełbasę swojej roboty, wczoraj żeśmy jeszcze wędzili. Trzeba zaraz wypakować.
- Pewnie twoi tęsknią, gdy jesteś w pracy?
- Tęsknią, ale się cieszą, że tu jestem. A Murat się odzywał?
- Do mnie? - zapytałam zdziwiona. - Jaki miałby powód, gdy ciebie nie było? Nie wiedział, kiedy wracasz?
- Wiedział. Myślałam, że będzie na lotnisku.
- Być może nie dostał wolnego w pracy.
Basia była zakochana. Miłość, w postaci śniadego Marokańczyka, usiadła przy niej pewnego dnia na plaży miejskiej, próbując sprzedać sznur drobnych koralików. Basia paciorków nie nabyła. Za to zainteresowała się chłopakiem.
Murat jawił się naszej pulchnej blondynce jako Adonis, który zstąpił z Olimpu i raczył w swej łaskawości obdarzyć ją uczuciem.  Dotychczas ignorowana przez chłopców z rodzinnej miejscowości w Bieszczadach, tutaj poczuła się wyróżniona. Nareszcie była kobietą.
Adonis od niedawna szczycił się stałym zajęciem i towarzyszył  Basi nieco rzadziej.
- Nie chciałabyś zaprosić go do Polski i przedstawić rodzicom? - spytałam po chwili zamyślenia.
- No tak. Kiedyś będzie trzeba, ale na razie nie! - odparła zdecydowanie.
- Dlaczego? - zdziwiłam się. - Sądziłam, że macie poważne plany.
- Pani Marto, powiem wprost. Ja go na razie tam nie chcę. Ja się tam będę bała.
- Czego Basiu?
- Że mi go któraś odbije - wyrzuciła jednym tchem.
- A tu się nie boisz? - zapytałam.
- Tu nie. On tutaj nie ma powodzenia - odetchnęła z ulgą.
Droga zatoczyła łuk. Jechałyśmy mając przed sobą olbrzymi masyw wulkanu, zatopiony w przetykanej granatowymi obłokami, fioletowej poświacie zachodzącego słońca. Tafla morza zupełnie się uspokoiła i  przybrała barwę nieba. Zaparło mi dech. Nie zdążyłam oswoić się jeszcze z zaskakującą o każdej porze dnia i nocy, rajską scenerią. W milczeniu uniosłam rękę i wskazałam przed siebie palcem.
- No widzę - powiedziała Basia. - Zaraz będziemy w domu.
Postanowiłam zacytować Iwaszkiewicza. Jest mi bliski, także fizycznie. Za oknem naszego, polskiego mieszkania stoi dom podarowany przez Jarosława i Annę - jego żonę, mieszkańcom miasta.
"Oczami wyobraźni widzę wysokie wzgórze, nisko rozłożone jedwabiste morze, w blasku słońca roztapiającą się jak kryształ Etnę, i w końcu całą czarodziejską scenerię grecko – rzymskiego teatru. Jest to jedyna taka scenografia na świecie."
- Pani Marto, ale będę mogła rano wyjść do Murata? Posiedzę dłużej w pracy wieczorem. Okey?
- Okey, Basiu. Okey. 
Granatowe obłoki miękko spływały ze zbocza góry. W lustrze wody przeglądały się pierwsze gwiazdy.

Stajnia

Podczas pobytu na wsi odwiedziłyśmy stajnię folblutów i arabów.
Konie, w liczbie dwudziestu kilku klaczy i mniej więcej tyleż samo ogierów, są schedą po bracie Gabrieli.
Na co dzień doglądał ich Toto, zarządca posiadłości. Od czasu do czasu przyjeżdżał weterynarz.
- Pani Gabrielo, wczoraj był u nas weterynarz. Wrócił nareszcie z urlopu - opowiadał uradowany Toto.
- I co? Wszystko w porządku? - zapytała.
- W porządku, tylko weterynarz...
- Co z nim?
- Nim wyjechał to miał tak - Toto maksymalnie wysunął do przodu dolną szczękę naśladując wadę zgryzu doktora.
- Wiem, zawsze tak miał - odpowiedziała Gabriela uśmiechając się.
- Ale jak wrócił, to miał już tak - Toto schował wysuniętą szczękę, uniósł głowę i marszcząc brwi przybrał wyniosły wyraz twarzy.

Sprzedawca

Mniej więcej  raz w tygodniu jeżdżę do odległego marketu. Kiedy mi smutno, robię to częściej.
Sklep jest nieduży. Prawie w całości samoobsługowy. Średnio, by nie powiedzieć kiepsko zaopatrzony.
Właściciel burkliwy, żona z pretensjami, syn  - jeśli akurat z gromadą znajomych skutecznie nie zagradza wejścia, to głośno obmawia dziewczyny przez najnowszy model telefonu.
Nawet niewiele wymagający i spolegliwy klient ma prawo poczuć się tu niemile widziany, zapłacić i wyjść nie wracając więcej. Albo od progu zawinąć się na pięcie, dostrzegając niechętne spojrzenia właścicieli.
Powraca jednak każdy, kto tylko dotrze w głąb sklepu.
W słabo oświetlonym kącie, przy obitej rzędami haków, kafelkowej ścianie, znajduje się stoisko mięsne.
Od poniedziałku do soboty odbywa się tu fascynujące, interaktywne show. Spektakl jednego aktora.
Artysta to szczupły, niewysoki pięćdziesięciolatek o imieniu Pietro.
Rzeźnik - samouk, bez wykształcenia w zawodzie. Bez żadnego wykształcenia.
Uważa, że nie zna się na handlu. Z roku na rok jest w tej opinii przez właścicieli sklepu coraz gorliwiej utwierdzany. Wprost proporcjonalnie do obrotów działu.
Obce mu są pojęcia marketing i merchandising, choć jest filarem przedsiębiorstwa. Jest marką znaną w całej okolicy.
Od rana przy stoisku zbierają się klienci. Mięso świeże. Codziennie schodzi cały zapas.
-  Witam, witam drogą panią - wykrzykuje Pietro przeciągając "r" w słowie "drogą". - Jakże miło gościć rano. Co ja mogę dziś polecić brzuszkom pani miłych dzieci? Kurczęta skubane o świcie zasmakują znakomicie.
Co to? Nie? A małżonek chętnie zje! Już pakuję piękna pani. Sztuki dwie. Coś jeszcze dla Niej?
Kolejka rośnie, ale czas nikomu się nie dłuży. Uśmiechamy się, chłonąc słowa, w oczekiwaniu na "mięsny" wierszyk dla siebie.
- Signiora Marta, wielka przyjemność, że przyszła pani się spotkać ze mną - uśmiecha się do mnie. - W nagrodę mam tu pieczeń wołową. Świeżą, chudziutką, a przez to zdrową. Wiem, wiem, że chciała pani kiełbasę, już ją szykuję. Pani tymczasem niech zerknie tylko na to prosciutto. Prawda, że bello ? Zaraz cieniutko pokroję szynkę i zapakuję. Ogromnie pani, Marto, dziękuję.
- Zabieram go do Polski - stwierdziła kategorycznie moja bratowa, Agnieszka, kiedy wychodziłyśmy ze sklepu. - Wyobrażasz sobie, jaką byłby atrakcją nad morzem, w restauracji ojca?
- Ludzie by go nie rozumieli - odpowiedziałam, szarpiąc za klapę bagażnika.
- Nie szkodzi. Włoski jest piękny już w samym brzmieniu. Wpada w ucho - roześmiała się.
- Prędzej to ja go zabiorę do siebie, jeżeli da się przekonać.
- Dobry pomysł. Zrobiłby furorę w kuchni pod wulkanem.
- Coś ty, on musi mieć kontakt z klientami. Zgnuśniałby w kuchni z braku widowni - powiedziałam. - Myślę, że ciężko go będzie namówić. Lubi tą pracę i zna się na niej. Poza tym nie jest świadomy swojego potencjału. Uważa, że w innym miejscu nie dałby sobie rady.
- Szkoda, marnuje się tu - westchnęła Agnieszka.
- Ale jest uwielbiany przez ludzi. Zobacz, ile dobrego robi.
Przytaknęła, kiwając głową:
- Niestety, nawet właścicielom sklepu.
- Im to zupełnie przy okazji -stwierdziłam, obmyślając strategię zdobycia pracownika wszech czasów.

Wizytówka

W październiku pojechałam z Gabrielą na wieś, aż pod Agrigento.
Rozpoczynały się zbiory oliwek. Gabriela chciała zrobić zapasy i gospodarskim okiem doglądnąć włości, które przypadły jej po śmierci brata.
Przed wiejskim domem, na wzgórzu, stał duży pick-up z lśniącymi w słońcu, chromowanymi zderzakami.
Dostrzegłszy nas, kierowca otworzył drzwi i ociężale zszedł z wysokiego progu. Rozłożył ręce w geście powitania.
- Ktoś na nas czeka? - spytałam zaciekawiona.
- Tak, to pan Salini. W sprawie kontraktu.
- Gabriela, moja droga - wysapał, gdy znalazłyśmy się na górze. - Co słychać? - zatopił ją w szerokich ramionach, wyciskając na policzkach dwa siarczyste całusy.
- Wszystko dobrze, panie Salini. To moja przyjaciółka, Marta.
- Bardzo mi przyjemnie - odwrócił się do mnie, podając dłoń. - Bardzo mi miło. Salini. Pośrednik i mediator oliwek.
Przez chwilę szukał czegoś we wnętrzu marynarki, po czym wręczył mi dużą, wytłaczaną złotymi literami wizytówkę:

FRANCESCO SALINI
MEDIATORE DI OLIVE

- Czy to jest pana zawód? - spytałam zaintrygowana.
Salini spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Tak, naturalnie.
- A czy mediuje pan również inne płody rolne, na przykłąd winogrona z tej plantacji?
- Ależ nie - zaprzeczył obruszony. -Tym przecież zajmuje się mediatore di uva*.


* mediator winogron.

15 lutego 2011

Marzec 2006

Mama zadzwoniła o czwartej rano.
Sięgnęłam po słuchawkę. To nie była pora na dobre wiadomości.
- Mamo? Co się stało? - spytałam przestraszona.
- Maurizio nie żyje - zaszlochała cicho. - Miał zawał.
*
- No i nie nacieszyli się miłością - westchnęła pani Danusia, przyjaciółka mamy, moszcząc się wygodnie na fotelu w samolocie, podczas gdy ja układałam bagaż - A była taka szczęśliwa.
Oboje byli szczęśliwi.
Maurizio, emerytowany profesor Akademii Medycznej, dzielił swój czas między Europę a Stany.
Po ślubie z mamą, zamieszkali w domu jego dzieciństwa. W starej, XIX wiecznej willi nad Zatoką Pięknej Wyspy.
Maurizio zmarł dwa lata potem.