Basia wróciła z domu po świątecznym urlopie. Od chwili, gdy wsiadła do samochodu, właściwie nie zamykała buzi.
- Pani Marto! A mój tata z moim wujkiem wzięły i pomalowały mi pokój. Jak ja się cieszyłam, jak przyjechałam.
- To fajnie, Basiu - wtrąciłam. - I co tam jeszcze w domu?
- Dobrze. Ile mama mi dla pani nadawała. Ciasto mam, ogórki. Aha i kiełbasę swojej roboty, wczoraj żeśmy jeszcze wędzili. Trzeba zaraz wypakować.
- Pewnie twoi tęsknią, gdy jesteś w pracy?
- Tęsknią, ale się cieszą, że tu jestem. A Murat się odzywał?
- Do mnie? - zapytałam zdziwiona. - Jaki miałby powód, gdy ciebie nie było? Nie wiedział, kiedy wracasz?
- Wiedział. Myślałam, że będzie na lotnisku.
- Być może nie dostał wolnego w pracy.
Basia była zakochana. Miłość, w postaci śniadego Marokańczyka, usiadła przy niej pewnego dnia na plaży miejskiej, próbując sprzedać sznur drobnych koralików. Basia paciorków nie nabyła. Za to zainteresowała się chłopakiem.
Murat jawił się naszej pulchnej blondynce jako Adonis, który zstąpił z Olimpu i raczył w swej łaskawości obdarzyć ją uczuciem. Dotychczas ignorowana przez chłopców z rodzinnej miejscowości w Bieszczadach, tutaj poczuła się wyróżniona. Nareszcie była kobietą.
Adonis od niedawna szczycił się stałym zajęciem i towarzyszył Basi nieco rzadziej.
- Nie chciałabyś zaprosić go do Polski i przedstawić rodzicom? - spytałam po chwili zamyślenia.
- No tak. Kiedyś będzie trzeba, ale na razie nie! - odparła zdecydowanie.
- Dlaczego? - zdziwiłam się. - Sądziłam, że macie poważne plany.
- Pani Marto, powiem wprost. Ja go na razie tam nie chcę. Ja się tam będę bała.
- Czego Basiu?
- Że mi go któraś odbije - wyrzuciła jednym tchem.
- A tu się nie boisz? - zapytałam.
- Tu nie. On tutaj nie ma powodzenia - odetchnęła z ulgą.
Droga zatoczyła łuk. Jechałyśmy mając przed sobą olbrzymi masyw wulkanu, zatopiony w przetykanej granatowymi obłokami, fioletowej poświacie zachodzącego słońca. Tafla morza zupełnie się uspokoiła i przybrała barwę nieba. Zaparło mi dech. Nie zdążyłam oswoić się jeszcze z zaskakującą o każdej porze dnia i nocy, rajską scenerią. W milczeniu uniosłam rękę i wskazałam przed siebie palcem.
- No widzę - powiedziała Basia. - Zaraz będziemy w domu.
Postanowiłam zacytować Iwaszkiewicza. Jest mi bliski, także fizycznie. Za oknem naszego, polskiego mieszkania stoi dom podarowany przez Jarosława i Annę - jego żonę, mieszkańcom miasta.
"Oczami wyobraźni widzę wysokie wzgórze, nisko rozłożone jedwabiste morze, w blasku słońca roztapiającą się jak kryształ Etnę, i w końcu całą czarodziejską scenerię grecko – rzymskiego teatru. Jest to jedyna taka scenografia na świecie."
- Pani Marto, ale będę mogła rano wyjść do Murata? Posiedzę dłużej w pracy wieczorem. Okey?
- Okey, Basiu. Okey.
Granatowe obłoki miękko spływały ze zbocza góry. W lustrze wody przeglądały się pierwsze gwiazdy.
No i jestem pierwsza! Doskonale się czyta z nadzieją na więcej ...
OdpowiedzUsuńMamo Amara, ogromnie mi miło:)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Cię ślicznie i biegnę poczytać, co u Ciebie.