Giuseppina zadzwoniła w połowie września.
- Szykuj się. Porywam cię na weekend.
- Dokąd? - spytałam zaskoczona. Łapałam oddech po ciężkiej, wakacyjnej pracy. W pensjonacie od tygodnia królowała mama.
- Niedaleko. Vulcano i okolice.
- To tam, gdzie macie bungalow? - przypomniałam sobie, że rodzina Giu rezyduje latem na wyspach Archipelagu Eolskiego.
- Pojedziesz? - zapytała. - Odstawimy samochód na przegląd w Messynie i popłyniemy wodolotem na wyspy. Piątek Vurcanu*, sobota - Lipari, a w niedzielę rano coś tam wymyślimy. O ile będziemy mieć siłę - roześmiała się.
- Zabierasz mnie z sobą do pomocy w sprzątaniu? - zapytałam wesoło. - Jeśli tak, to stanowczo odmawiam. Od tygodnia pucuję, pod dyktando mamy. Pomogę ci później, gdy nabiorę trochę sił do pracy.
- Nie żartuj, moja droga. Dom dawno wysprzątany. Odpoczniesz u mnie. A poza tym, chyba nigdy tam nie byłaś?
- No nie.
- To nie ma o czym mówić. Będę w piątek. O siódmej rano. Zgoda?
- Zgoda - odpowiedziałam, nie zdając sobie sprawy, że długo jeszcze będę gratulować sobie tej decyzji.
Giu przyjechała punktualnie.
- O kurczę blade, nie wsiadam! - krzyknęłam, widząc na podjeździe wiśniowy model oldtimera. - Skąd wytrzasnęłaś takie auto? Musiałabym też się do niego jakoś dopasować. Inaczej narobię ci wstydu - stwierdziłam, spoglądając z niesmakiem na moje ciuchy. Jeansowe szorty i czarny podkoszulek zupełnie nie pasowały do eleganckiego kabrioletu.
Giuseppina połozyła ręce na kierownicy. Zauważyłam białe, ażurowe rękawiczki z delikatnej skóry.
Na głowie miała ślicznie uwiązany szal w drobne groszki, dostrzegłam też jasną sukienkę z bufiastymi rękawami.
- Spyder. Aston Martin, rocznik 1956 - zawołała do mnie. - Biegnij się przebrać. Poczekam.
- Ale skąd masz taki samochód? - zapytałam, gdy w nowej, błękitnej sukience, mościłam się na siedzeniu pasażera.
- Z Rio de Janeiro. Przypłynął razem z resztą ruchomego dobytku Antonia.
- Udało ci się wreszcie zakończyć sprawy spadkowe? - spytałam, myśląc o zmarłym przed trzema laty mężu Giuseppiny. Przed śmiercią mieszkał w Brazylii.
- Jak widzisz. Ale ten samochód i dla mnie był zaskoczeniem. Nie wiedziałam, że Antonio go kupił.
- Zyskałaś wspaniałą pamiątkę - uśmiechnęłam się do niej. Miała za sobą wiele trudnych przeżyć, jednak nie traciła pogody ducha.
Podczas postoju, który zarządziłyśmy w połowie drogi do Messyny, podbiegł do nas mężczyzna około pięćdziesiątki. Z zaparkowanej opodal terenówki wychodził drugi, młodszy pasażer.
- Jaka cena? - zapytał Giu, słusznie ją biorąc za właścicielkę Astona.
- Nie ma ceny - odpowiedziała z uśmiechem. - Samochód nie jest na sprzedaż.
- Na pewno jakoś się dogadamy - odparł. - Patrz tylko na to cacuszko - zwrócił się do swojego kompana.
- Tato byłby go w stanie od pań odkupić - odezwał się młodszy mężczyzna. - Cena nie gra roli.
- Ależ proszę panów! - wykrzyknęła zniesmaczona Giuseppina - Nie jesteśmy na giełdzie.
Spojrzała na mnie.
- Zbieramy się, Marta. Chyba nie wyprowadzę już tego auta z garażu.
- Nie dziw się, że samochód budzi taki podziw i chęć posiadania - odpowiedziałam. - A jak cudownie się nim jedzie. Nic nie jest w stanie popsuć nam radości, prawda?
- Prawda - stwierdziła z uśmiechem.
Przez resztę niespiesznej podróży podziwiałam krajobraz wokół autostrady. Góry, skały, gdzieniegdzie prześwitujący błękit morza. I choć roślinność po upalnym lecie mieniła się wszystkimi odcieniami sepii, wciąż kwitły białe i różowe oleandry na pasie oddzielającym wstążki drogi.
- Pięknie - westchnęłam. Nie spodziewałam się, że wkrótce będę miała szczęście oglądać widoki, o jakich nigdy dotąd nie śniłam.
*nazwa używana w dialekcie
10 lat temu
jak milo sie czyta :) Ciekawa jestem jak ten samochod wyglada
OdpowiedzUsuńZapraszam niesmialo do mnie www.immagini-della-vita-blog.onet.pl
Wydaje sie, ze jak juz bedziecie w tym domu, to
OdpowiedzUsuńza chwile wpadnie Anna Mangani.
asia.k