Rozpoczynały się zbiory oliwek. Gabriela chciała zrobić zapasy i gospodarskim okiem doglądnąć włości, które przypadły jej po śmierci brata.
Przed wiejskim domem, na wzgórzu, stał duży pick-up z lśniącymi w słońcu, chromowanymi zderzakami.
Dostrzegłszy nas, kierowca otworzył drzwi i ociężale zszedł z wysokiego progu. Rozłożył ręce w geście powitania.
- Ktoś na nas czeka? - spytałam zaciekawiona.
- Tak, to pan Salini. W sprawie kontraktu.
- Gabriela, moja droga - wysapał, gdy znalazłyśmy się na górze. - Co słychać? - zatopił ją w szerokich ramionach, wyciskając na policzkach dwa siarczyste całusy.
- Wszystko dobrze, panie Salini. To moja przyjaciółka, Marta.
- Bardzo mi przyjemnie - odwrócił się do mnie, podając dłoń. - Bardzo mi miło. Salini. Pośrednik i mediator oliwek.
Przez chwilę szukał czegoś we wnętrzu marynarki, po czym wręczył mi dużą, wytłaczaną złotymi literami wizytówkę:
FRANCESCO SALINI
MEDIATORE DI OLIVE
- Czy to jest pana zawód? - spytałam zaintrygowana.
Salini spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Tak, naturalnie.
- A czy mediuje pan również inne płody rolne, na przykłąd winogrona z tej plantacji?
- Ależ nie - zaprzeczył obruszony. -Tym przecież zajmuje się mediatore di uva*.
* mediator winogron.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz