- Cudownie. Jak tak dalej pójdzie, nie dotrę na święta - wyszeptałam z obawą do ucha koleżanki, gdy stałyśmy przed biurkiem sekretarki rektora.
Kończył się kolejny tydzień pobytu w Niemczech. Poinformowano nas, że praca się przedłuży.
- Mogę zapomnieć o miejscu w samolocie. Zostaje mi pociąg i liczne przesiadki - stwierdziłam zmartwiona. - I tak nie zdążę. To dwa dni podróży.
- Spróbuj autobusem - zaproponowała. - Sporo ich jeździ frankfurckiego dworca.
Ściemniało się już, gdy zrezygnowana,dojrzałam reklamę w witrynie starej kamienicy.
"Intermezzo Reisen - skorzystaj z naszych usług, jeśli boisz się latać".
- Owszem, boję się - pomyślałam. - Wciąż staram się walczyć z lękiem przed lataniem.
- Dzień dobry, czy boi się pani latać? - zapytała pyzata brunetka w wieku mojej mamy.
Zza kontuaru wystawała finezyjnie ufryzowana głowa, a wokół niej kłębiły się obłoki papierosowego dymu.
- Jasne, że tak - uśmiechnęłam się do głowy za pulpitem. - Ale nie jestem tu ze strachu. Muszę być na Sycylii przed świętami, nie dostanę się już na samolot.
- Hmm... Niemożliwe - odpowiedziała. - Mamy komplet na jutrzejszy wyjazd.
- Dzieci czekają - załkałam zgodnie z prawdą, ale celowo użyłam słowa - wytrychu do serc sycylijskich kobiet. - Zapłaczą się, gdy nie dojadę. Proszę. Jedno, maleńkie miejsce. Przycupnę choćby na schodkach.
- Punktualnie o 6.00. Parking od południowej strony dworca. Autokar jest oznaczony - powiedziała wydając mi bilet, a ja miałam ochotę rzucić się jej na szyję.
Z początku zdawało mi się, że jestem jedyną osobą, która podróżuje sama. Całe towarzystwo, w świątecznych nastrojach, wciąż wymieniało się miejscami, rozpoznając wśród współpasażerów znajomych, znajomych znajomych, albo miejscowości, które okazywały się znane współtowarzyszom podróży.
- Jadę do C. - chwaliła się matrona w sąsiednim rzędzie.
- Ach, co za szczęście, że panią spotykam, signiora. Stamtąd pochodzi moja teściowa.
Słuchałam rozmów drzemiąc w fotelu, i podejmując, od czasu do czasu, telefon w polskojęzycznym brzmieniu:
- Mama, gdzie jesteś? Kiedy będziesz? - pytał mój kilkuletni syn.
- Mijamy Francję - odpowiedziałam. - Jeszcze Szwajcaria i całe Włochy.
*
- Rozumiem, że wszystkie paszporty są włoskie - krzyknął szwajcarski celnik, surowo spoglądając na kierowcę autokaru.
W pliku powierzonych mu dokumentów nie było widać mojego paszportu.
- Tak jest! - rzucił kierowca, licząc na szybką, bezproblemową odprawę.
- Co więc tu robi ta pani z Polski? Dlaczego pan wprowadza mnie w błąd?
Podniosłam się z miejsca i ruszyłam w stronę kontrolera.
- Ja jestem z Polski. Jadę do Włoch. Kierowca nie wiedział, że jestem Polką.
- Proszę dokumenty - zawołał.
- Pan ma mój dokument - odparłam po niemiecku, wskazując na paszport tkwiący w jego dłoni. - Tym razem nie mogę ominąć pięknej Szwajcarii w drodze na Sycylię, choć dzięki pana zachowaniu, na przyszłość będę się starać.
- Jechać! - wykrzyknął do kierowcy autokaru.
Miałam przed sobą kraj równie piękny, co nieprzystępny i niewyrozumiały.
Zupełnie jak Alpy, które właśnie mijaliśmy na trasie naszej podróży.
*
- Proszę pani! Signiora! - zaczepił mnie kierowca autokaru.
Od kilku minut staliśmy na parkingu. Kierowcy się zmieniali. Ten, który mnie wołał, rozłożył właśnie prowizoryczne łóżko na parze autobusowych foteli.
- Mam do pani prośbę. Dotrzyma pani towarzystwa koledze?
- Hmmm? Ja? Dlaczego? - spytałam zdziwiona.
- W nagrodę za szwajcarską granicę - odparł z uśmiechem.- Żartuję. Po prostu będzie mu raźniej jechać. Siedzi pani sama i chciał panią zaprosić. Jest trochę nieśmiały.
- Dobrze, przeniosę się z przyjemnością - odpowiedziałam i zaniosłam podręczny bagaż na podwójne siedzenie obok kierowcy.
Fotel przy mnie nie stał długo pusty.
Kierowca - zmiennik, włączył muzykę przetykaną reklamami Intermezzo Reisen i skoncentrował się na prowadzeniu pojazdu. Nie zamienił ze mną ani słowa.
Obok usiadł pasażer, którego miałam przed chwilą za plecami. Podróżował z żoną.
- To co teraz zjemy? - zgadywała wcześniej małżonka, a jej zafrasowany głos docierał aż do mnie. - Mam kanapeczki z pomidorem i mozzarellą, panini con prosciutto di Parma, a może coś słodkiego? Zjemy coś słodkiego?
- Nie. Mam ochotę tylko na papierosa - małżonek wstał i pobiegł w naszą stronę.
- Ludzie, zlitujcie się, czy tu można zapalić? - zapytał , zanurzając się w sąsiedni fotel.
Milczałam, ale kierowca w końcu się odezwał:
- Nie palimy w autokarze.
- To kiedy będzie jakiś przystanek?
- W Bolonii - odparł kierowca.
- A pani to Amerykanka? - zagrzmiał na cały autobus.
Byłam zdziwiona, że nie zarejestrował incydentu ze szwajcarskim celnikiem i moich rozmów z dziećmi przez komórkę, które toczyłam niemal bezustannie. Być może spał? Lub, nie zwracając uwagi na wydarzenia, zjadał kanapki podsuwane przez żonę?
- Amerykanka. Wsiadła w Frankfurcie - odpowiedział sam sobie, a ja po raz kolejny stwierdziłam, że Włosi nie rozpoznają języków.
My je przeważnie rozpoznajemy. Choćbyśmy nawet ni w ząb nie znali francuskiego, to rozpoznamy, że w tym języku toczy się rozmowa. Podobnie bywa z angielskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim, a nawet skandynawskimi, choć te języki mogą mylić się nam z flamandzkimi.
- To chyba kwestia słuchu - pomyślałam. - Może mamy lepiej wykształcony słuch - nie dopuszczałam do siebie myśli, że jesteśmy lepiej wykształceni.
- Amerykanka. Żona żołnierza - mój nowy sąsiad przerwał językoznawcze dociekania. - U nas jest dużo amerykańskich żołnierzy. Pracuję w Hanau.
- Nie jestem żoną żołnierza, ale znam Hanau - odpowiedziałam grzecznie, przypominając sobie miasto na pograniczu Dolnej Frankonii i Hesji.
- Może pójdziemy kiedyś razem coś zjeść?
- Pan przecież nie chce jeść - stwierdziłam ze śmiechem. - Żona podtyka panu coraz to nowe specjały, a pa ucieka.
- Ach, żona...
- Każdy by chciał taką żonę - odparłam, i w tej samej chwili usłyszałam za sobą melodię neapolitańskiej piosenki:
- Tu vuo' fa' ll'americana
mericana, mericana...
ma si' nata in Italy!
Co oznaczało: udajesz Amerykankę, merykankę, merykankę, ale urodziłaś się we Włoszech.
Żona mojego sąsiada zrobiła niewielki retusz, gdyż tekst w oryginale dotyczył mężczyzny.
Jej mąż natychmiast wrócił na poprzednie stanowisko, a ja pogratulowałam sobie włoskiego. Był dobry. Jak widać nie wskazywał na amerykańskie, ale na włoskie pochodzenie.
Na jednym z ostatnich parkingów na Sycylii, z autokaru wysiadła żona. Mąż spał, lub udawał, że śpi.
- Signiora, coś pani wypadło - zawołałam widząc, że kobieta przegląda zawartość kieszeni. Wylatywały z niej przeróżne karteluszki.
- Ach nie, to tylko śmieci - odpowiedziała z uśmiechem.
Karteczki zawirowały w powietrzu, by upaść wprost na jej buty. Strzepnęła je, i wsiadła do autokaru.