***


"
Krajobraz, który zawarł w sobie to wszystko, co zostało stworzone na ziemi, by oczarować oczy, umysł i wyobraźnię"


27 lutego 2011

Wyspa skrajności

Rzadko bywałam w miejskim apartamencie Gabrieli, ale wizyty tam, zawsze zapadały w pamięć.
Budynek zabytkowej kamienicy mieścił się tuż przy dużym parku, gdzie rosły wysokie na kilka metrów fikusy, piękne okazy bananowców i rozłożystych filodendronów.
Cienistymi alejkami villi przechadzały się opiekunki i nianie ze swoimi podopiecznymi, a w porze sjesty, park zapełniał się cierpiącymi na bezsenność, żwawymi staruszkami, którzy siadali na ławkach, w pobliżu fontanny i toczyli poważne dysputy.
Wyglądając przez okna mieszkania Gabrieli, miało się prawie cały park jak na dłoni, a jeszcze lepiej było go widać, gdy wychodziło się na rozległy taras.



Któregoś dnia, skuszona perspektywą kontemplowania egzotycznej, rozbuchanej zieleni, żwawym krokiem ruszyłam na taras, gdy nagle mój nos, z ogromnym impetem, uderzył w niewidzialną przeszkodę. Drzwi, oddzielające balkon od mieszkania, okazały się posiadać nieskazitelnie czystą, dużą szybę.
Skończyło się to pokaźnym siniakiem i opuchniętą, środkową częścią twarzy, ale nie wpłynęło na moją ciekawość tego miejsca.
Wielki świat zaczynał się tu już od podjazdu, na którym ustawiano najnowsze modele samochodów.
W olbrzymim, rozświetlonym blaskiem wielkich, kryształowych żyrandoli holu, który aż po sufit wyłożono marmurem w kolorze capuccino, dyżurował concierge - przystojny Sergio.
Przebrany w piękną, granatową liberię z lampasami i dekoracyjnymi pagonami na ramionach, prowadził gości do zabytkowej, zamykanej kutą kratą windy, i osobiście wciskał jeden z pięciu guzików.
- Poproszę na czwarte piętro - wydukałam nieśmiało. Tu każde piętro należało w całości do jednej rodziny.
- Oczywiście, proszę pani - Sergio z uśmiechem zamknął za mną kratę i rozpoczęłam, przydługą jak dla mnie, podróż na górę.
- Dziś musisz dzwonić dłużej, bo pokojówka ma wychodne. W domu jest tylko nowa kucharka i miną wieki, zanim usłyszy dzwonek. Wrócę najszybciej, jak tylko będę mogła - stojąc przed drzwiami przypomniałam sobie wskazówki Gabrieli.
Kucharka zjawiła się prędzej, niż się spodziewałam. Przyglądając się jej pomyślałam, że musi być w wieku mojej mamy. Być może nawet trochę młodsza.
- Buona sera, signiora. Proszę, proszę. Pani mówiła, że mam na signiorę poczekać. Głodna może? Mam kiełbaski w pomarańczowym sosie, z dodatkiem świeżego lauru. Zje?
- Nie, dziękuję. Wolę troszkę wody.
- Niech siada w salonie. Zaraz przyniosę - obróciła się na pięcie i zniknęła na końcu długiego korytarza.
Już po chwili, z uśmiechem, podawała mi kryształową szklankę.
- A wie signiora, że moja córka wyszła za mąż za karabiniera? - chętna do rozmowy, przysiadła na skraju antycznej rekamiery.
- Tak? - zapytałam, bo nie bardzo wiedziałam, co na to odpowiedzieć.
- Tak, tak - westchnęła radośnie - uśmiechnęło się do niej szczęście.
- To świetnie - zapewniłam.
- Wesele mieli. Obiad na trzy dania.
- Domyślam się, że smaczny - odpowiedziałam, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu.
- Pani nie włączyła sekretarki. Zapomniała, że Carla ma wychodne. Dzwoni i dzwoni. Już któryś raz - wyznała zmartwiona.
- To proszę odebrać - nie rozumiałam problemu.
Podniosła słuchawkę z pewnym ociąganiem.
- Słucham. Mieszkanie pani Gabrieli - wysapała. - Nie, nie ma jej w domu. Dobrze, proszę poczekać, przyniosę coś do pisania.
Odłożyła słuchawkę na stolik, wyszła z salonu i po krótkiej chwili wróciła z powrotem, lecz ku mojemu zdziwieniu, zamiast podjąć przerwaną rozmowę, stanęła przede mną, wręczając mi kartkę i ołówek.
- Niech tu zapisze kto dzwoni i numer.
Pomyślałam, że źle się poczuła. Podeszłam do telefonu i zapisałam, co podyktował rozmówca.
Spojrzałam na nią zaniepokojona. Nie sprawiała wrażenia chorej. Natychmiast zresztą zaczęła kontynuować opowieść o weselu córki.
I nagle mnie olśniło.
Była niepiśmienna.

Fotografia panoramy umieszczona dzięki uprzejmości Salvo Lo Grasso.

Mozart i widokówki

- Praga i Wiedeń. Zgadzasz się, Marto? - Rosa częstowała mnie mrożoną herbatą domowej roboty. Dodała do niej liście świeżej mięty. Napój był słodki i orzeźwiający. Jej siostra, Pia, patrzyła z wyczekiwaniem.
- Dziewczyny, co kombinujecie? Że niby ja mam z wami jechać? - spytałam zaskoczona, sącząc pyszną herbatę z oszronionej szklanki. - Rosa, natychmiast potrzebuję przepis! Herbata, mięta, cukier i cytryny. Coś jeszcze?
- Nic, cały sekret tkwi w zamrożeniu. Zamrażasz, rozmrażasz i gotowe.
- Pokrywamy wszystkie koszty. Jedziemy w czwórkę. Ty, my i Giuseppe. Wystarczą dwa dni - Pia miała gotowy plan wycieczki.
- Dlaczego ja? Za przewodnika? Nie znam zbyt dobrze Pragi ani Wiednia. - oponowałam słabo.
- Marta, znasz języki. Pospacerujemy, zrobimy zakupy, rozerwiemy się trochę w wielkim świecie - przekonywała Rosa.
- A co wy zdążycie zobaczyć w dwa dni? Zabraknie czasu na Pragę, a do Wiednia w ogóle nie ma sensu jechać.
- Och nie! Musimy, choćby na chwilę. Koniecznie! - wykrzyknęła Pia.
- W takim razie chcę uczciwie wiedzieć o co chodzi - zażądałam kategorycznie. - Inaczej nici z mojego towarzystwa.
- Powiemy jej? - spytała Pia, wpatrując się w starszą siostrę. Rosa przytaknęła skinieniem głowy.
- Antonia była w Pradze. Rozumiesz? Nie możemy być gorsi.
Antonia przejęła po rodzicach konkurencyjny zakład fryzjerski, w północnej części miasteczka. Obie firmy na pozór utrzymywały przyjazne relacje, jednak w rzeczywistości prowadziły wieloletnią wojnę podjazdową.
- Skąd wiecie, że tam była? - spytałam.
- Przysłała nam pocztówkę. Franca jedna! Żeby tylko nam. Wszystkim w mieście wysłała! - wykrzyknęła Rosa wzburzonym głosem. - Teraz to po prostu musimy tam jechać. I jeszcze ten Wiedeń przyszedł nam do głowy, bo tam na szczęście nie dojechała. Z Pragi do Wiednia blisko, prawda, Marta?
- W sumie nie jest daleko. A dlaczego Giuseppe chce jechać z wami?
- No wiesz, ma kolegów na studiach w Palermo - Pia opowiadała o ich młodszym bracie. - Praga i Wiedeń są w modzie. Dużo w tym sezonie znaczą. Naszym zdaniem powinien pojechać, żeby powysyłać widokówki.
- Wyślijcie za niego - zaproponowałam ze śmiechem.
Uznały jednak, że zabiorą brata.
Nie udało mi się namówić znajomych na choćby pobieżne obejrzenie Pragi. W Wiedniu jednak, natychmiast po powrocie z poczty, zażądałam spaceru do Parku Miejskiego.
Wokół lśniącego w słońcu, wykonanego z pozłacanego brązu pomnika Straussa, zebrało się sporo turystów.
- Marta, skoro już tu jesteśmy, to zrób mi zdjęcie z Mozartem! - wykrzyknął Giuseppe tęgim basem.
Zwrócił się do mnie włosku, lecz całe, obecne tam, międzynarodowe towarzystwo, wybuchnęło gromkim śmiechem.

25 lutego 2011

Figura

- Signiora Marta, jak dobrze panią widzieć. - Młody Franciszkanin stał obok furtki i wymachiwał ręką w moją stronę.
Przed bramą piętrzyły się skrzynki wypełnione pomidorami i brzoskwiniami.
- Panie Vincenzo! Co za niespodzianka! - wołałam, biegnąc w jego stronę. - To dla nas, te owoce? Dziękuję! Bardzo uprzejmie z waszej strony. Nie zasłużyłam na te wszystkie dobra! Mogliście sprzedać. Pieniądze bardziej by się wam przydały.
Vincenzo pochodził z arcybogatej, szlacheckiej rodziny.  Mówiło się, że mocno skoligaconej z królami.
Od dziecka nosił tytuł hrabiego, ale nie posługiwał się nim i nie utrzymywał kontaktów z matką.
Po śmierci ojca i ukończeniu studiów, zaszył się w małym, lokalnym opactwie Franciszkanów, które utrzymywało się z handlu rozsławionymi na cały region, owocami.
- Signiora Marta, nie jestem tu bezinteresownie - przyznał z niewinnym uśmiechem. - Potrzebujemy pani pomocy.
- Jakiej?  - spytałam zaciekawiona.
- Przed bramą klasztoru, wie pani, stoi posąg.
Spróbowałam odtworzyć w pamięci skaliste wzgórze w głębi wyspy, a na nim budynek otoczonego murem klasztoru.
I wejście, przed którym niegdyś ustawiono wysoką na trzy metry figurę.
- Pamiętam. Stoi tam posąg Franciszkanina.
- W opłakanym stanie - westchnął Vincenzo. - I właśnie chcieliśmy prosić, żeby nam pani pomogła.
- W odnowieniu figury? - spytałam, bo zdałam sobie sprawę, że mogło chodzić jedynie o to.
- Nie jesteśmy w stanie zapłacić gotówką. Możemy przywozić pani owoce, pomagać w prowadzeniu pensjonatu, sprzątać, a nawet przysłać kucharza. Zgodziłaby się pani, Marto?
- Myślicie, że dam sobie radę? To stary posąg, z resztkami farby, z wieloma ubytkami - przywołałam w myślach wygląd figury.
- Odnawiała pani freski, restaurowała posągi. Da pani radę.
- A nie wolelibyście, żeby posąg pozostał takim, jakim uczyniły go mijające lata?
- Niektórzy by woleli, ale większość chce widzieć lśniącą, odnowioną figurę.
- Dobrze. Zrobię to bez gratyfikacji. A pan, Vincenzo? Przy której opcji się pan skłania? - spytałam zainteresowana nowym wyzwaniem.  - Przy starej, okrytej patyną figurze, czy odnowionej, błyszczącej kolorami?
- Szczerze mówiąc, wolałbym nową - westchnął Vincenzo. - Patron zasługuje na najwyższe względy, a jego posąg, w obecnym stanie, niechybnie wkrótce się rozleci.
- Nie pozwolimy na to!- wykrzyknęłam, planując zadanie.
W ciągu kolejnych tygodni zjawiałam się z w odległym klasztorze z dużą częstotliwością.
Spędzałam długie godziny na przywracaniu figurze pierwotnego blasku.
Za każdym razem z zadowoleniem stwierdzałam, że mam gromadę oddanych pomocników. Podtrzymywali, podawali gips i farby, raczyli posiłkami i niecierpliwie wyczekiwali ukończenia pracy.
Efekt wspólnych wysiłków został uwieczniony w materiałach  lokalnej telewizji, a ja otrzymałam płytę z nagraniem odsłonięcia odrestaurowanego pomnika.
Vincenzo zwoził nam potem skrzynki wspaniałych warzyw i owoców.
Przywozi je zresztą do dziś, chociaż uważam, że dawno już zdołał odpłacić za pomoc.

24 lutego 2011

Właściciel

- Dzień dobry. Czym mogę służyć? - zawołałam do pary zaglądającej w okna od strony ogrodu. Tratowali rząd leśnych poziomek, które z trudem udało mi się przesadzić. Zaowocowały dopiero w tym roku.
- Jest właściciel? - zapytał mężczyzna o lśniących, zaczesanych do tyłu włosach. Jego towarzyszka obrzuciła mnie niecierpliwym spojrzeniem i nadal bezceremonialnie deptała rośliny, próbując zajrzeć do wnętrza pokoju.
- Proszę pani, dom można obejrzeć od środka - w myślach żegnałam się z wizją poziomkowego podwieczorku. - A ten pokój jest i tak, niestety zajęty - stwierdziłam kategorycznie.
- Nie rozumie pani, że mąż chce rozmawiać z właścicielem? Do you speak english? Please, call your owner - wycedziła, kalecząc angielski akcent.
- A to ci heca - pomyślałam.
Co prawda ani dres, w którym pomagałam Basi przy generalnym sprzątaniu, ani zmiotka i szufelka w dłoni, nie wskazywały na moją, rzeczywistą rolę, jednak byłam przekonana, że nawet tu musiała dotrzeć wiedza o zakończeniu czasów niewolnictwa..
- I don't have any owner - stwierdziłam z uśmiechem.
- Nie mam właściciela - powtórzyłam po włosku, kręcąc głową.
- Niech pani wreszcie zawoła właściciela - zniecierpliwiony mężczyzna spojrzał na zegarek i wysyczał, dzieląc sylaby: - Wła-ści-cie-la pen-sjo-na-tu.
- Przykro mi, nie mogę.
- Jak to? Nie ma go? - wtrąciła dziewczyna.
- Jest, jak najbardziej - odpowiedziałam, siłą powstrzymując się od śmiechu.
-  To proszę zawołać! Ma pani z tym problem? - rzucił mężczyzna, przestępując z nogi na nogę.
- Widocznie ma problem - denerwowała się jego żona, piskliwie podnosząc głos. - Ciekawa jestem tylko jaki?
- Rzeczywiście, mam problem z wołaniem właściciela - wyjaśniłam uprzejmie. - Widzicie państwo ludzi na tarasie sąsiedniego domu? - skinęłam w stronę willi sąsiadów.
- Tak, i co z tego? - zapytał mężczyzna - Może wśród nich jest ten właściciel?
- Nie, tam nie ma. Za to dokładnie słychać nasze głosy.
- Jedziemy skarbie, to jakaś wariatka - stwierdziła dziewczyna, odwracając się w stronę lśniącego kabrioletu.
- Zaraz, kochanie. Ja to wyjaśnię do końca. Przecież spodobał ci się hotelik i widok na zatokę. Nie będziemy rezygnować z powodu tej pani.
- Obawiam się, że polecą głowy i pożegnamy się z pracą w tym pięknym miejscu! - rzucił ze złością, grożąc mi palcem. - Chyba, że pani rzeczywiście zwariowała i chce się narazić na nieprzyjemności.
- Właśnie chodzi o to, żeby nie wyjść na wariatkę - odparłam, krztusząc się śmiechem. - Wybaczcie państwo, ale nie będę wołać samej siebie w obecności sąsiadów i personelu. Wzięliby mnie za osobę niepoczytalną. Nie zrobię tego nawet dla potencjalnych gości mojego pensjonatu.
-  Aha, to do widzenia - mężczyzna dłuższą chwilę oglądał czubek lakierowanego buta, po czym wytarł z niego niewidoczny pyłek.
- Powiedziałabym raczej: żegnam - odpowiedziałam sucho.
Zanim zamknęłam okno, spojrzałam jeszcze na zdewastowane krzaczki poziomek. Może uda się zebrać choć jeden, mały pucharek.

Dobre życie

Salvatore zaprosił nas na obiad.
Świeżo nabyty dom, ściśnięty w chaotycznym szyku z innymi budynkami miasta w głębi wyspy, był dumą jego żony - Marii.
Od progu, szerokimi drzwiami, wchodziło się do soggiorno, gdzie Toto wieczorami garażował auto.
W dzień pomieszczenie stanowiło kuchnię, jadalnię i pralnię. Stał tu niewielki telewizor i wydzielono kącik zabaw dla sześcioletniej Concetty.
- Nie nakrywałam w salonie, bo się nanosi z dworu - tłumaczyła Maria, zapraszając nas do zastawionego stołu. - Tu będzie wygodnie. Akurat w sam raz.
Jedna po drugiej, dyskretnie, obejrzałyśmy nasze buty. Nie zostawiały śladów na terakotowej posadzce.
Wzorzysty, wypełniony makaronem talerz, w pierwszej kolejności stanął przed Salvatore.
Maria nakładała drugą porcję.
- A pani to skąd? Cudzoziemka? Amerykanka może? - zwróciła się do mnie, podając obiad Gabrieli.
 - Jestem z Polski - odparłam, cierpliwie oczekując na moją kolej.
- Tu była kiedyś taka Polka. Czy Rosjanka? Wszystko jedno.
- To spora różnica - wyjaśniłam, wciągając nosem obłędną woń bazylii i owczego sera.
- Naprawdę? Ja jej pomogłam. Zaniosłam ubrania po Concettcie dla dziecka. I teraz, widzi pani? Za trzy miesiące urodzę syna.
- Widzę, gratuluję państwu - uśmiechnęłam się obserwując korpulentną, dumnie wypinającą brzuch kobietę.
Maria późno wyszła za mąż. Właściwie pogodziła się już ze staropanieństwem, gdy na jej drodze stanął sporo starszy i niższy o głowę, drobniutki Salvatore.
Concetta urodziła się w rok po ślubie.  Maria jednak czekała na syna.
- Jak ja się, proszę pań, każdego dnia modliłam. Robiłam dobre uczynki i czekałam, aż nasz święty mnie wysłucha - złożyła ręce jak do modlitwy. - Trwało to sześć lat, a teraz nasz syn będzie nosił jego imię.
- Jak wielu chłopców w tej miejscowości - wtrąciła Gabriela.
- Tak, bo nasz święty naprawdę pomaga. Ja to mam dobre życie. Niczego więcej, prócz syna, nie chciałam. Mam własny dom i troskliwego męża - westchnęła, spoglądając z czułością na drzemiącego przy stole Salvatore. - Mogłam trafić gorzej, bo wiem, ilu złych ludzi jest na świecie.
Kończyła polerować stalowe palniki kuchenki gazowej, gdy dodała:
- Jest tylu złych ludzi. Mnie się udało. A takie rzeczy widziałam w serialach...

17 lutego 2011

Miłość

Basia wróciła z domu po świątecznym urlopie. Od chwili, gdy wsiadła do samochodu, właściwie nie zamykała buzi.
- Pani Marto!  A mój tata z moim wujkiem wzięły i pomalowały mi pokój. Jak ja się cieszyłam, jak przyjechałam.
- To fajnie, Basiu - wtrąciłam. - I co tam jeszcze w domu?
- Dobrze. Ile mama mi dla pani nadawała. Ciasto mam, ogórki. Aha i kiełbasę swojej roboty, wczoraj żeśmy jeszcze wędzili. Trzeba zaraz wypakować.
- Pewnie twoi tęsknią, gdy jesteś w pracy?
- Tęsknią, ale się cieszą, że tu jestem. A Murat się odzywał?
- Do mnie? - zapytałam zdziwiona. - Jaki miałby powód, gdy ciebie nie było? Nie wiedział, kiedy wracasz?
- Wiedział. Myślałam, że będzie na lotnisku.
- Być może nie dostał wolnego w pracy.
Basia była zakochana. Miłość, w postaci śniadego Marokańczyka, usiadła przy niej pewnego dnia na plaży miejskiej, próbując sprzedać sznur drobnych koralików. Basia paciorków nie nabyła. Za to zainteresowała się chłopakiem.
Murat jawił się naszej pulchnej blondynce jako Adonis, który zstąpił z Olimpu i raczył w swej łaskawości obdarzyć ją uczuciem.  Dotychczas ignorowana przez chłopców z rodzinnej miejscowości w Bieszczadach, tutaj poczuła się wyróżniona. Nareszcie była kobietą.
Adonis od niedawna szczycił się stałym zajęciem i towarzyszył  Basi nieco rzadziej.
- Nie chciałabyś zaprosić go do Polski i przedstawić rodzicom? - spytałam po chwili zamyślenia.
- No tak. Kiedyś będzie trzeba, ale na razie nie! - odparła zdecydowanie.
- Dlaczego? - zdziwiłam się. - Sądziłam, że macie poważne plany.
- Pani Marto, powiem wprost. Ja go na razie tam nie chcę. Ja się tam będę bała.
- Czego Basiu?
- Że mi go któraś odbije - wyrzuciła jednym tchem.
- A tu się nie boisz? - zapytałam.
- Tu nie. On tutaj nie ma powodzenia - odetchnęła z ulgą.
Droga zatoczyła łuk. Jechałyśmy mając przed sobą olbrzymi masyw wulkanu, zatopiony w przetykanej granatowymi obłokami, fioletowej poświacie zachodzącego słońca. Tafla morza zupełnie się uspokoiła i  przybrała barwę nieba. Zaparło mi dech. Nie zdążyłam oswoić się jeszcze z zaskakującą o każdej porze dnia i nocy, rajską scenerią. W milczeniu uniosłam rękę i wskazałam przed siebie palcem.
- No widzę - powiedziała Basia. - Zaraz będziemy w domu.
Postanowiłam zacytować Iwaszkiewicza. Jest mi bliski, także fizycznie. Za oknem naszego, polskiego mieszkania stoi dom podarowany przez Jarosława i Annę - jego żonę, mieszkańcom miasta.
"Oczami wyobraźni widzę wysokie wzgórze, nisko rozłożone jedwabiste morze, w blasku słońca roztapiającą się jak kryształ Etnę, i w końcu całą czarodziejską scenerię grecko – rzymskiego teatru. Jest to jedyna taka scenografia na świecie."
- Pani Marto, ale będę mogła rano wyjść do Murata? Posiedzę dłużej w pracy wieczorem. Okey?
- Okey, Basiu. Okey. 
Granatowe obłoki miękko spływały ze zbocza góry. W lustrze wody przeglądały się pierwsze gwiazdy.

Stajnia

Podczas pobytu na wsi odwiedziłyśmy stajnię folblutów i arabów.
Konie, w liczbie dwudziestu kilku klaczy i mniej więcej tyleż samo ogierów, są schedą po bracie Gabrieli.
Na co dzień doglądał ich Toto, zarządca posiadłości. Od czasu do czasu przyjeżdżał weterynarz.
- Pani Gabrielo, wczoraj był u nas weterynarz. Wrócił nareszcie z urlopu - opowiadał uradowany Toto.
- I co? Wszystko w porządku? - zapytała.
- W porządku, tylko weterynarz...
- Co z nim?
- Nim wyjechał to miał tak - Toto maksymalnie wysunął do przodu dolną szczękę naśladując wadę zgryzu doktora.
- Wiem, zawsze tak miał - odpowiedziała Gabriela uśmiechając się.
- Ale jak wrócił, to miał już tak - Toto schował wysuniętą szczękę, uniósł głowę i marszcząc brwi przybrał wyniosły wyraz twarzy.

Sprzedawca

Mniej więcej  raz w tygodniu jeżdżę do odległego marketu. Kiedy mi smutno, robię to częściej.
Sklep jest nieduży. Prawie w całości samoobsługowy. Średnio, by nie powiedzieć kiepsko zaopatrzony.
Właściciel burkliwy, żona z pretensjami, syn  - jeśli akurat z gromadą znajomych skutecznie nie zagradza wejścia, to głośno obmawia dziewczyny przez najnowszy model telefonu.
Nawet niewiele wymagający i spolegliwy klient ma prawo poczuć się tu niemile widziany, zapłacić i wyjść nie wracając więcej. Albo od progu zawinąć się na pięcie, dostrzegając niechętne spojrzenia właścicieli.
Powraca jednak każdy, kto tylko dotrze w głąb sklepu.
W słabo oświetlonym kącie, przy obitej rzędami haków, kafelkowej ścianie, znajduje się stoisko mięsne.
Od poniedziałku do soboty odbywa się tu fascynujące, interaktywne show. Spektakl jednego aktora.
Artysta to szczupły, niewysoki pięćdziesięciolatek o imieniu Pietro.
Rzeźnik - samouk, bez wykształcenia w zawodzie. Bez żadnego wykształcenia.
Uważa, że nie zna się na handlu. Z roku na rok jest w tej opinii przez właścicieli sklepu coraz gorliwiej utwierdzany. Wprost proporcjonalnie do obrotów działu.
Obce mu są pojęcia marketing i merchandising, choć jest filarem przedsiębiorstwa. Jest marką znaną w całej okolicy.
Od rana przy stoisku zbierają się klienci. Mięso świeże. Codziennie schodzi cały zapas.
-  Witam, witam drogą panią - wykrzykuje Pietro przeciągając "r" w słowie "drogą". - Jakże miło gościć rano. Co ja mogę dziś polecić brzuszkom pani miłych dzieci? Kurczęta skubane o świcie zasmakują znakomicie.
Co to? Nie? A małżonek chętnie zje! Już pakuję piękna pani. Sztuki dwie. Coś jeszcze dla Niej?
Kolejka rośnie, ale czas nikomu się nie dłuży. Uśmiechamy się, chłonąc słowa, w oczekiwaniu na "mięsny" wierszyk dla siebie.
- Signiora Marta, wielka przyjemność, że przyszła pani się spotkać ze mną - uśmiecha się do mnie. - W nagrodę mam tu pieczeń wołową. Świeżą, chudziutką, a przez to zdrową. Wiem, wiem, że chciała pani kiełbasę, już ją szykuję. Pani tymczasem niech zerknie tylko na to prosciutto. Prawda, że bello ? Zaraz cieniutko pokroję szynkę i zapakuję. Ogromnie pani, Marto, dziękuję.
- Zabieram go do Polski - stwierdziła kategorycznie moja bratowa, Agnieszka, kiedy wychodziłyśmy ze sklepu. - Wyobrażasz sobie, jaką byłby atrakcją nad morzem, w restauracji ojca?
- Ludzie by go nie rozumieli - odpowiedziałam, szarpiąc za klapę bagażnika.
- Nie szkodzi. Włoski jest piękny już w samym brzmieniu. Wpada w ucho - roześmiała się.
- Prędzej to ja go zabiorę do siebie, jeżeli da się przekonać.
- Dobry pomysł. Zrobiłby furorę w kuchni pod wulkanem.
- Coś ty, on musi mieć kontakt z klientami. Zgnuśniałby w kuchni z braku widowni - powiedziałam. - Myślę, że ciężko go będzie namówić. Lubi tą pracę i zna się na niej. Poza tym nie jest świadomy swojego potencjału. Uważa, że w innym miejscu nie dałby sobie rady.
- Szkoda, marnuje się tu - westchnęła Agnieszka.
- Ale jest uwielbiany przez ludzi. Zobacz, ile dobrego robi.
Przytaknęła, kiwając głową:
- Niestety, nawet właścicielom sklepu.
- Im to zupełnie przy okazji -stwierdziłam, obmyślając strategię zdobycia pracownika wszech czasów.

Wizytówka

W październiku pojechałam z Gabrielą na wieś, aż pod Agrigento.
Rozpoczynały się zbiory oliwek. Gabriela chciała zrobić zapasy i gospodarskim okiem doglądnąć włości, które przypadły jej po śmierci brata.
Przed wiejskim domem, na wzgórzu, stał duży pick-up z lśniącymi w słońcu, chromowanymi zderzakami.
Dostrzegłszy nas, kierowca otworzył drzwi i ociężale zszedł z wysokiego progu. Rozłożył ręce w geście powitania.
- Ktoś na nas czeka? - spytałam zaciekawiona.
- Tak, to pan Salini. W sprawie kontraktu.
- Gabriela, moja droga - wysapał, gdy znalazłyśmy się na górze. - Co słychać? - zatopił ją w szerokich ramionach, wyciskając na policzkach dwa siarczyste całusy.
- Wszystko dobrze, panie Salini. To moja przyjaciółka, Marta.
- Bardzo mi przyjemnie - odwrócił się do mnie, podając dłoń. - Bardzo mi miło. Salini. Pośrednik i mediator oliwek.
Przez chwilę szukał czegoś we wnętrzu marynarki, po czym wręczył mi dużą, wytłaczaną złotymi literami wizytówkę:

FRANCESCO SALINI
MEDIATORE DI OLIVE

- Czy to jest pana zawód? - spytałam zaintrygowana.
Salini spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
- Tak, naturalnie.
- A czy mediuje pan również inne płody rolne, na przykłąd winogrona z tej plantacji?
- Ależ nie - zaprzeczył obruszony. -Tym przecież zajmuje się mediatore di uva*.


* mediator winogron.

15 lutego 2011

Marzec 2006

Mama zadzwoniła o czwartej rano.
Sięgnęłam po słuchawkę. To nie była pora na dobre wiadomości.
- Mamo? Co się stało? - spytałam przestraszona.
- Maurizio nie żyje - zaszlochała cicho. - Miał zawał.
*
- No i nie nacieszyli się miłością - westchnęła pani Danusia, przyjaciółka mamy, moszcząc się wygodnie na fotelu w samolocie, podczas gdy ja układałam bagaż - A była taka szczęśliwa.
Oboje byli szczęśliwi.
Maurizio, emerytowany profesor Akademii Medycznej, dzielił swój czas między Europę a Stany.
Po ślubie z mamą, zamieszkali w domu jego dzieciństwa. W starej, XIX wiecznej willi nad Zatoką Pięknej Wyspy.
Maurizio zmarł dwa lata potem.