Rzadko bywałam w miejskim apartamencie Gabrieli, ale wizyty tam, zawsze zapadały w pamięć.
Budynek zabytkowej kamienicy mieścił się tuż przy dużym parku, gdzie rosły wysokie na kilka metrów fikusy, piękne okazy bananowców i rozłożystych filodendronów.
Cienistymi alejkami villi przechadzały się opiekunki i nianie ze swoimi podopiecznymi, a w porze sjesty, park zapełniał się cierpiącymi na bezsenność, żwawymi staruszkami, którzy siadali na ławkach, w pobliżu fontanny i toczyli poważne dysputy.
Wyglądając przez okna mieszkania Gabrieli, miało się prawie cały park jak na dłoni, a jeszcze lepiej było go widać, gdy wychodziło się na rozległy taras.
Któregoś dnia, skuszona perspektywą kontemplowania egzotycznej, rozbuchanej zieleni, żwawym krokiem ruszyłam na taras, gdy nagle mój nos, z ogromnym impetem, uderzył w niewidzialną przeszkodę. Drzwi, oddzielające balkon od mieszkania, okazały się posiadać nieskazitelnie czystą, dużą szybę.
Skończyło się to pokaźnym siniakiem i opuchniętą, środkową częścią twarzy, ale nie wpłynęło na moją ciekawość tego miejsca.
Wielki świat zaczynał się tu już od podjazdu, na którym ustawiano najnowsze modele samochodów.
W olbrzymim, rozświetlonym blaskiem wielkich, kryształowych żyrandoli holu, który aż po sufit wyłożono marmurem w kolorze capuccino, dyżurował concierge - przystojny Sergio.
Przebrany w piękną, granatową liberię z lampasami i dekoracyjnymi pagonami na ramionach, prowadził gości do zabytkowej, zamykanej kutą kratą windy, i osobiście wciskał jeden z pięciu guzików.
- Poproszę na czwarte piętro - wydukałam nieśmiało. Tu każde piętro należało w całości do jednej rodziny.
- Oczywiście, proszę pani - Sergio z uśmiechem zamknął za mną kratę i rozpoczęłam, przydługą jak dla mnie, podróż na górę.
- Dziś musisz dzwonić dłużej, bo pokojówka ma wychodne. W domu jest tylko nowa kucharka i miną wieki, zanim usłyszy dzwonek. Wrócę najszybciej, jak tylko będę mogła - stojąc przed drzwiami przypomniałam sobie wskazówki Gabrieli.
Kucharka zjawiła się prędzej, niż się spodziewałam. Przyglądając się jej pomyślałam, że musi być w wieku mojej mamy. Być może nawet trochę młodsza.
- Buona sera, signiora. Proszę, proszę. Pani mówiła, że mam na signiorę poczekać. Głodna może? Mam kiełbaski w pomarańczowym sosie, z dodatkiem świeżego lauru. Zje?
- Nie, dziękuję. Wolę troszkę wody.
- Niech siada w salonie. Zaraz przyniosę - obróciła się na pięcie i zniknęła na końcu długiego korytarza.
Już po chwili, z uśmiechem, podawała mi kryształową szklankę.
- A wie signiora, że moja córka wyszła za mąż za karabiniera? - chętna do rozmowy, przysiadła na skraju antycznej rekamiery.
- Tak? - zapytałam, bo nie bardzo wiedziałam, co na to odpowiedzieć.
- Tak, tak - westchnęła radośnie - uśmiechnęło się do niej szczęście.
- To świetnie - zapewniłam.
- Wesele mieli. Obiad na trzy dania.
- Domyślam się, że smaczny - odpowiedziałam, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu.
- Pani nie włączyła sekretarki. Zapomniała, że Carla ma wychodne. Dzwoni i dzwoni. Już któryś raz - wyznała zmartwiona.
- To proszę odebrać - nie rozumiałam problemu.
Podniosła słuchawkę z pewnym ociąganiem.
- Słucham. Mieszkanie pani Gabrieli - wysapała. - Nie, nie ma jej w domu. Dobrze, proszę poczekać, przyniosę coś do pisania.
Odłożyła słuchawkę na stolik, wyszła z salonu i po krótkiej chwili wróciła z powrotem, lecz ku mojemu zdziwieniu, zamiast podjąć przerwaną rozmowę, stanęła przede mną, wręczając mi kartkę i ołówek.
- Niech tu zapisze kto dzwoni i numer.
Pomyślałam, że źle się poczuła. Podeszłam do telefonu i zapisałam, co podyktował rozmówca.
Spojrzałam na nią zaniepokojona. Nie sprawiała wrażenia chorej. Natychmiast zresztą zaczęła kontynuować opowieść o weselu córki.
I nagle mnie olśniło.
Była niepiśmienna.
Fotografia panoramy umieszczona dzięki uprzejmości Salvo Lo Grasso.
10 lat temu
Marto (jeśli wolno mi się tak do Ciebie zwracać?), czytam i czytam i widzę to wszystko oczami wyobraźni i ta puenta doskonała. Wspaniale piszesz... chylę czoła i no po prostu nie mogę się nacieszyć, że dzięki temu, że trafiłaś do mnie - mogłam trafić do Ciebie:)
OdpowiedzUsuńNie wiem, jak to się stało, że umknął mi Twój komentarz, bo przecież mam ich tu jeszcze niewiele:)
OdpowiedzUsuńAle za to jakich miłych...
No oczywiście, że wolno, będzie mi bardzo miło. Dziękuję.
Sprawdzałam czy nie ma odpowiedzi - nie było więc zaryzykowałam i nazywałam Cię w kolejnych komentarzach Martą :). Dziękuję za przyzwolenie - to imię, do którego mam wielki sentyment. Do piegów na nosie też zresztą ... :)
OdpowiedzUsuń