- Dzień dobry. Czym mogę służyć? - zawołałam do pary zaglądającej w okna od strony ogrodu. Tratowali rząd leśnych poziomek, które z trudem udało mi się przesadzić. Zaowocowały dopiero w tym roku.
- Jest właściciel? - zapytał mężczyzna o lśniących, zaczesanych do tyłu włosach. Jego towarzyszka obrzuciła mnie niecierpliwym spojrzeniem i nadal bezceremonialnie deptała rośliny, próbując zajrzeć do wnętrza pokoju.
- Proszę pani, dom można obejrzeć od środka - w myślach żegnałam się z wizją poziomkowego podwieczorku. - A ten pokój jest i tak, niestety zajęty - stwierdziłam kategorycznie.
- Nie rozumie pani, że mąż chce rozmawiać z właścicielem? Do you speak english? Please, call your owner - wycedziła, kalecząc angielski akcent.
- A to ci heca - pomyślałam.
Co prawda ani dres, w którym pomagałam Basi przy generalnym sprzątaniu, ani zmiotka i szufelka w dłoni, nie wskazywały na moją, rzeczywistą rolę, jednak byłam przekonana, że nawet tu musiała dotrzeć wiedza o zakończeniu czasów niewolnictwa..
- I don't have any owner - stwierdziłam z uśmiechem.
- Nie mam właściciela - powtórzyłam po włosku, kręcąc głową.
- Niech pani wreszcie zawoła właściciela - zniecierpliwiony mężczyzna spojrzał na zegarek i wysyczał, dzieląc sylaby: - Wła-ści-cie-la pen-sjo-na-tu.
- Przykro mi, nie mogę.
- Jak to? Nie ma go? - wtrąciła dziewczyna.
- Jest, jak najbardziej - odpowiedziałam, siłą powstrzymując się od śmiechu.
- To proszę zawołać! Ma pani z tym problem? - rzucił mężczyzna, przestępując z nogi na nogę.
- Widocznie ma problem - denerwowała się jego żona, piskliwie podnosząc głos. - Ciekawa jestem tylko jaki?
- Rzeczywiście, mam problem z wołaniem właściciela - wyjaśniłam uprzejmie. - Widzicie państwo ludzi na tarasie sąsiedniego domu? - skinęłam w stronę willi sąsiadów.
- Tak, i co z tego? - zapytał mężczyzna - Może wśród nich jest ten właściciel?
- Nie, tam nie ma. Za to dokładnie słychać nasze głosy.
- Jedziemy skarbie, to jakaś wariatka - stwierdziła dziewczyna, odwracając się w stronę lśniącego kabrioletu.
- Zaraz, kochanie. Ja to wyjaśnię do końca. Przecież spodobał ci się hotelik i widok na zatokę. Nie będziemy rezygnować z powodu tej pani.
- Obawiam się, że polecą głowy i pożegnamy się z pracą w tym pięknym miejscu! - rzucił ze złością, grożąc mi palcem. - Chyba, że pani rzeczywiście zwariowała i chce się narazić na nieprzyjemności.
- Właśnie chodzi o to, żeby nie wyjść na wariatkę - odparłam, krztusząc się śmiechem. - Wybaczcie państwo, ale nie będę wołać samej siebie w obecności sąsiadów i personelu. Wzięliby mnie za osobę niepoczytalną. Nie zrobię tego nawet dla potencjalnych gości mojego pensjonatu.
- Aha, to do widzenia - mężczyzna dłuższą chwilę oglądał czubek lakierowanego buta, po czym wytarł z niego niewidoczny pyłek.
- Powiedziałabym raczej: żegnam - odpowiedziałam sucho.
Zanim zamknęłam okno, spojrzałam jeszcze na zdewastowane krzaczki poziomek. Może uda się zebrać choć jeden, mały pucharek.
10 lat temu
Bufony wstrętne :P świetna historia :) pozdrowienia!
OdpowiedzUsuń