Mniej więcej raz w tygodniu jeżdżę do odległego marketu. Kiedy mi smutno, robię to częściej.
Sklep jest nieduży. Prawie w całości samoobsługowy. Średnio, by nie powiedzieć kiepsko zaopatrzony.
Właściciel burkliwy, żona z pretensjami, syn - jeśli akurat z gromadą znajomych skutecznie nie zagradza wejścia, to głośno obmawia dziewczyny przez najnowszy model telefonu.
Nawet niewiele wymagający i spolegliwy klient ma prawo poczuć się tu niemile widziany, zapłacić i wyjść nie wracając więcej. Albo od progu zawinąć się na pięcie, dostrzegając niechętne spojrzenia właścicieli.
Powraca jednak każdy, kto tylko dotrze w głąb sklepu.
W słabo oświetlonym kącie, przy obitej rzędami haków, kafelkowej ścianie, znajduje się stoisko mięsne.
Od poniedziałku do soboty odbywa się tu fascynujące, interaktywne show. Spektakl jednego aktora.
Artysta to szczupły, niewysoki pięćdziesięciolatek o imieniu Pietro.
Rzeźnik - samouk, bez wykształcenia w zawodzie. Bez żadnego wykształcenia.
Uważa, że nie zna się na handlu. Z roku na rok jest w tej opinii przez właścicieli sklepu coraz gorliwiej utwierdzany. Wprost proporcjonalnie do obrotów działu.
Obce mu są pojęcia marketing i merchandising, choć jest filarem przedsiębiorstwa. Jest marką znaną w całej okolicy.
Od rana przy stoisku zbierają się klienci. Mięso świeże. Codziennie schodzi cały zapas.
- Witam, witam drogą panią - wykrzykuje Pietro przeciągając "r" w słowie "drogą". - Jakże miło gościć rano. Co ja mogę dziś polecić brzuszkom pani miłych dzieci? Kurczęta skubane o świcie zasmakują znakomicie.
Co to? Nie? A małżonek chętnie zje! Już pakuję piękna pani. Sztuki dwie. Coś jeszcze dla Niej?
Kolejka rośnie, ale czas nikomu się nie dłuży. Uśmiechamy się, chłonąc słowa, w oczekiwaniu na "mięsny" wierszyk dla siebie.
- Signiora Marta, wielka przyjemność, że przyszła pani się spotkać ze mną - uśmiecha się do mnie. - W nagrodę mam tu pieczeń wołową. Świeżą, chudziutką, a przez to zdrową. Wiem, wiem, że chciała pani kiełbasę, już ją szykuję. Pani tymczasem niech zerknie tylko na to prosciutto. Prawda, że bello ? Zaraz cieniutko pokroję szynkę i zapakuję. Ogromnie pani, Marto, dziękuję.
- Zabieram go do Polski - stwierdziła kategorycznie moja bratowa, Agnieszka, kiedy wychodziłyśmy ze sklepu. - Wyobrażasz sobie, jaką byłby atrakcją nad morzem, w restauracji ojca?
- Ludzie by go nie rozumieli - odpowiedziałam, szarpiąc za klapę bagażnika.
- Nie szkodzi. Włoski jest piękny już w samym brzmieniu. Wpada w ucho - roześmiała się.
- Prędzej to ja go zabiorę do siebie, jeżeli da się przekonać.
- Dobry pomysł. Zrobiłby furorę w kuchni pod wulkanem.
- Coś ty, on musi mieć kontakt z klientami. Zgnuśniałby w kuchni z braku widowni - powiedziałam. - Myślę, że ciężko go będzie namówić. Lubi tą pracę i zna się na niej. Poza tym nie jest świadomy swojego potencjału. Uważa, że w innym miejscu nie dałby sobie rady.
- Szkoda, marnuje się tu - westchnęła Agnieszka.
- Ale jest uwielbiany przez ludzi. Zobacz, ile dobrego robi.
Przytaknęła, kiwając głową:
- Niestety, nawet właścicielom sklepu.
- Im to zupełnie przy okazji -stwierdziłam, obmyślając strategię zdobycia pracownika wszech czasów.
10 lat temu
Czy strategia juz opracowana?
OdpowiedzUsuńŻyczę powodzenia ;-)
Intrygujący blog!
Pozdrawiam, Mała Mi
Dziękuję:)
OdpowiedzUsuńStrategia w trakcie opracowywania :)