***


"
Krajobraz, który zawarł w sobie to wszystko, co zostało stworzone na ziemi, by oczarować oczy, umysł i wyobraźnię"


03 marca 2011

Podróż do archipelagu.

Giuseppina zadzwoniła w połowie września.
- Szykuj się. Porywam cię na weekend.
- Dokąd? - spytałam zaskoczona. Łapałam oddech po ciężkiej, wakacyjnej pracy. W pensjonacie od tygodnia królowała mama.
- Niedaleko. Vulcano i okolice.
- To tam, gdzie macie bungalow? - przypomniałam sobie, że rodzina Giu rezyduje latem na wyspach Archipelagu Eolskiego.
-  Pojedziesz? - zapytała. - Odstawimy samochód na przegląd w Messynie i popłyniemy wodolotem na wyspy.  Piątek Vurcanu*, sobota - Lipari, a w niedzielę rano coś tam wymyślimy. O ile będziemy mieć siłę - roześmiała się.
- Zabierasz mnie z sobą do pomocy w sprzątaniu? - zapytałam wesoło. - Jeśli tak, to stanowczo odmawiam. Od tygodnia pucuję, pod dyktando mamy.  Pomogę ci później, gdy nabiorę trochę sił do pracy.
- Nie żartuj, moja droga. Dom dawno wysprzątany. Odpoczniesz u mnie. A poza tym, chyba nigdy tam nie byłaś?
- No nie.
- To nie ma o czym mówić. Będę w piątek. O siódmej rano. Zgoda?
- Zgoda - odpowiedziałam, nie zdając sobie sprawy, że długo jeszcze będę gratulować sobie tej decyzji.
 Giu przyjechała punktualnie.
- O kurczę blade, nie wsiadam! - krzyknęłam, widząc na podjeździe wiśniowy model oldtimera. - Skąd wytrzasnęłaś takie auto? Musiałabym też się do niego jakoś dopasować. Inaczej narobię ci wstydu - stwierdziłam, spoglądając z niesmakiem na moje ciuchy. Jeansowe szorty i czarny podkoszulek zupełnie nie pasowały do eleganckiego kabrioletu.
Giuseppina połozyła ręce na kierownicy. Zauważyłam białe, ażurowe rękawiczki z delikatnej skóry.
Na głowie miała ślicznie uwiązany szal w drobne groszki, dostrzegłam też jasną sukienkę z bufiastymi rękawami.
- Spyder. Aston Martin, rocznik 1956 - zawołała do mnie. - Biegnij się przebrać. Poczekam.
- Ale skąd masz taki samochód? - zapytałam, gdy w nowej, błękitnej sukience, mościłam się na siedzeniu pasażera.
- Z Rio de Janeiro. Przypłynął razem z resztą ruchomego dobytku Antonia.
- Udało ci się wreszcie zakończyć sprawy spadkowe? - spytałam, myśląc o zmarłym przed trzema laty mężu Giuseppiny. Przed śmiercią mieszkał w Brazylii.
- Jak widzisz. Ale ten samochód i dla mnie był zaskoczeniem. Nie wiedziałam, że Antonio go kupił.
- Zyskałaś wspaniałą pamiątkę - uśmiechnęłam się do niej. Miała za sobą wiele trudnych przeżyć, jednak nie traciła pogody ducha.
Podczas postoju, który zarządziłyśmy w połowie drogi do Messyny, podbiegł do nas mężczyzna około pięćdziesiątki. Z zaparkowanej opodal terenówki wychodził drugi, młodszy pasażer.
- Jaka cena? - zapytał Giu, słusznie ją biorąc za właścicielkę Astona.
- Nie ma ceny - odpowiedziała z uśmiechem. - Samochód nie jest na sprzedaż.
- Na pewno jakoś się dogadamy - odparł. - Patrz tylko na to cacuszko - zwrócił się do swojego kompana.
- Tato byłby go w stanie od pań odkupić - odezwał się młodszy mężczyzna. - Cena nie gra roli.
- Ależ proszę panów! - wykrzyknęła zniesmaczona Giuseppina - Nie jesteśmy na giełdzie.
Spojrzała na mnie.

- Zbieramy się, Marta. Chyba nie wyprowadzę już tego auta z garażu.
- Nie dziw się, że samochód budzi taki podziw i chęć posiadania - odpowiedziałam. - A jak cudownie się nim jedzie. Nic nie jest w stanie popsuć nam radości, prawda?
- Prawda - stwierdziła z uśmiechem.
Przez resztę niespiesznej podróży podziwiałam krajobraz wokół autostrady. Góry, skały, gdzieniegdzie prześwitujący błękit morza. I choć roślinność po upalnym lecie mieniła się wszystkimi odcieniami sepii, wciąż kwitły białe i różowe oleandry na pasie oddzielającym wstążki drogi.
- Pięknie - westchnęłam. Nie spodziewałam się, że wkrótce będę miała szczęście oglądać widoki, o jakich nigdy dotąd nie śniłam.

*nazwa używana w dialekcie

01 marca 2011

Słoneczne wyróżnienia

Mimo, że mój staż w blogosferze, jest krótki i absolutnie znikomy, udało mi się otrzymać dwa, niezwykłe miłe wyróżnienia.
Formuła tych wyróżnień przewiduje wybranie swojej dziesiątki faworytów ( tylu na razie w swojej zieloności jeszcze nie zbiorę:)) oraz, między innymi, podziękowanie i umieszczenie u siebie linków do wyróżniających nas blogów.
Chciałabym o nich napisać nie tylko ze względu na procedurę.  Naprawdę warto tam zajrzeć, by podładować akumulatory.
Warto, żeby dowiedzieć się tylu wspaniałych, ciekawych rzeczy o innej kulturze, ludziach, tradycji, o dniach świątecznych i powszednich.
Warto, żeby zachwycić się słowem pisanym i fotografiami.
Myślę, że wszyscy, niepokojeni ciasnotą światopoglądu licznych ksenofobów, powinni tam zajrzeć, by odetchnąć i stwierdzić, że świat jest dobry, ludzie jeszcze lepsi - mądrzy i wspaniale wychowujący swoje dzieci.
Wiem, że większość czytelników zagląda do mnie dzięki tym blogom, lecz gdyby zbłądził tu kiedyś zagubiony wędrowiec, serdecznie polecę mu:
Blog Mamy Ammara - mieszkającej w Jordanii Polki, mamy wspaniałego czterolatka:
http://jordaniaokiempolki.blogspot.com

i Blog Arabelli - mamy dwóch przemiłych szkrabów, ambitnej pani doktor, polsko-jordańskiego "mixa" :):
http://arabellamix.blogspot.com




Ach, i jeszcze o tym, co mnie uszczęśliwia: 
Rodzina, praca, pasja i spokój. To ostatnie raduje zawsze zodiakalne byki:)
Rodzina to mąż i troje fantastycznych dzieci. Praca i pasja zarazem, to między innymi sztuka i antyki.
A spokój, to ciepło domowego ogniska i radość z tego, że jesteśmy razem.

Claudia

- Ot, małe, schowane w górach miasteczko, bez większych atrakcji. Naprawdę, wszędzie stamtąd daleko. Godzina jazdy nad morze, kawał drogi do Palermo, jeszcze dalej do Katanii. Młodzi uciekają, okoliczne farmy pustoszeją. Spodoba ci się arabska architektura, ale nie na tyle, żebyś chciała tam wracać.
- Najbardziej zależy mi na tych obrazach - tłumaczyłam Ani, pasjonatce wyspy i jej mieszkańców.
Słyszałam, że w miasteczku rezyduje malarz, słynący w okolicy ze swoich prac. Chciałam przyjrzeć się jego obrazom.
- Pojedziesz sama? - zapytała Ania.
- Jasne. Zrobię sobie wycieczkę w głąb wyspy.
Wyposażona w mapy i nawigację samochodową,  ruszyłam z domu przed jedenastą, żeby po sjeście dotrzeć na miejsce.
- Musi tu mieszkać sporo malarzy - myślałam, mijając nieliczne sklepy przy głównej ulicy miasteczka. Niemal co drugi miał w asortymencie akcesoria malarskie. Profesjonalne farby, blejtramy, a nawet drewniane sztalugi.
Wysiadłszy z zaparkowanego w cieniu samochodu, skierowałam się na niewielki, skąpany w słońcu rynek. Nim odnalazłam pracownię malarza, zwróciłam uwagę na osobliwe zachowanie mężczyzny w średnim wieku. Wypakowywał z ciężarówki pojemniki pełne żywych, kolorowych kwiatów, szykując najwidoczniej stoisko handlowe.
Nagle spory, szklany wazon wypadł mu z rąk, rozbijając się na kamiennych płytach chodnika. Nie byłoby w tym może niczego dziwnego, w końcu każdemu zdarza się upuścić coś od czasu do czasu, gdyby nie przeświadczenie, że stało się to z mojego powodu.
Wpatrywał się we mnie stojąc nieruchomo, nie zwracając uwagi na odłamki szkła pod nogami.
Zastanawiałam się, czy nie spotkaliśmy się kiedyś, ale nie odnalazłam w pamięci jego twarzy. Nie pojawiła się również, towarzysząca mi w takich przypadkach, obawa o popełnienie faux pas, z powodu wrodzonej skłonności do zapominania wyglądu osób, którym powinnam się kłaniać.
Czasami, gdy ktoś wydał mi się znajomy, a nie wiedziałam skąd, wolałam pierwsza mu się ukłonić, bo dobrze pamiętałam swoje zażenowanie, gdy nie poznałam i nie pozdrowiłam własnej sąsiadki.
Uśmiechnęłam się i odwróciłam głowę.
- Jeśli mnie zna, to sam podejdzie - pomyślałam i weszłam do pracowni.
Oczarowana wizytą w galerii, dopiero wychodząc przypomniałam sobie o człowieku z kwiatami.
Przy straganie krzątał się teraz jakiś młody chłopak. Nie było śladu po mężczyźnie od rozbitego wazonu.
Skierowałam się w stronę samochodu.
- Claudia! - za moimi plecami rozległo się wołanie.
- Claudia! - ktoś krzyknął jeszcze głośniej. W głosie brzmiała nadzieja, radość i niedowierzanie.
- Nie obejrzę się, by nie wyjść na ciekawską - myślałam. - W końcu imię Claudia do mnie nie należy, choć bardzo mnie korci, żeby dowiedzieć się, jak wygląda tajemnicza Claudia i posiadacz stęsknionego głosu.
- Claudia! Please, wait - wydyszał ktoś tuż moim przy uchu.
Przede mną, na chodniku, nie było nikogo. Ze zdumieniem stwierdziłam, że słowa są kierowane do mnie.
Odwróciłam głowę.
Facet od rozbitego wazonu stał pół kroku z tyłu i wpatrywał się we mnie tak intensywnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
- Nie jestem Claudią, pomylił mnie pan z kimś - powiedziałam po włosku. Zrobiło mi się odrobinę przykro, że muszę go rozczarować.
- Tak, teraz widzę. Przepraszam. Dziś Claudia musiałaby być od pani starsza. To niemożliwe. Ta sama twarz, sylwetka, włosy. I chodzi pani tak samo - zdawał się być ogromnie poruszony. - Nie spodziewałem się, że kiedyś znów ją zobaczę.
- Przykro mi, jestem Marta - uśmiechałam się zażenowana. - Ja nawet nie znam żadnej Claudii.
- Mam na imię Charlie. Najmocniej przepraszam za moje zachowanie. Nie zdarza mi się zaczepiać i niepokoić kobiet na ulicy - jego spojrzenie nie traciło intensywności.
- Nic się nie stało - zapewniłam z uśmiechem.
Byłam ogromnie ciekawa nieznanej, podobnej do mnie, angielskojęzycznej Claudii i  - jak intuicyjnie wyczuwałam - historii miłości tych dwojga, dlatego nie oponowałam, gdy zapytał:
- Marto, czy da się pani zaprosić na lody, w kawiarni obok? Zrobi mi pani wielką przyjemność. Ten dzień będzie dla mnie niezapomniany.
- A co z pana kwiatami? - spytałam.
- Och, rzeczywiście, przepraszam na moment - odbiegł w stronę straganu, by po chwili wrócić z naręczem najdłuższych, pąsowych róż, jakie kiedykolwiek widziałam.
- Prowadzę stragan z siostrą i jej synem. Siostrzeniec mnie zastąpi - uśmiechnął się, wręczając mi kwiaty. Oszołomiona widokiem bukietu, przyjęłam je bez słowa.
- Minęło ponad dwadzieścia lat, odkąd widziałem ją po raz ostatni. Nie wiem gdzie mieszka, czy wyszła za mąż i czy w ogóle żyje. Nim opuściłem Kanadę, słyszałem, że wyjechała z miasta.
Zbliżał się wieczór, a ja, zasłuchana w opowieść Charliego, zupełnie straciłam poczucie rzeczywistości.
Opisywał młodość i miłość w Vancouver. Subtelną, osieroconą przez rodziców Claudię, która różniła się od koleżanek Charliego - głośnych, kruczowłosych córek sycylijskich emigrantów.
Zabierał ją w góry, wspólnie podziwiali zachody słońca z Parku Stanleya, spędzali długie godziny w Chinatown, wśród prowizorycznych straganów i barów z najdziwniejszymi, orientalnymi potrawami.
- Chciała, żebym skończył studia i stał się porządnym facetem. Własny dom, ogród, gromadka dzieci. A ja jej tego nie dałem - westchnął zmartwiony - To miał być ostatni skok z kolegami. Nie powiedziałem jej, bo nigdy by się nie zgodziła. Miałem zobowiązania wobec kumpli z dzielnicy.
-  I wszystko się posypało? - spytałam, wyginając wargi w podkówkę.
- Marto, ty nawet układasz usta jak ona - niepostrzeżenie przeszedł ze mną na "ty". Wypadło to bardzo naturalnie.
- Oszukałem ją. I wpadłem.W areszcie, podczas oczekiwania na deportację, nie mogłem już niczego naprawić. Zostawiłem ją samą na świecie.
- Nie chciałeś wrócić po odbyciu wyroku? Nie chciałeś jej odnaleźć?
- Nigdy niczego bardziej nie pragnąłem, mam jednak dożywotni zakaz powrotu. Zresztą, w przeciwieństwie do mnie, na pewno ułożyła sobie życie.
- Ale widocznie nie jestem taki zły, skoro Pan obdarowuje mnie cudami. Dzisiejsze spotkanie jest jednym z nich - nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, delikatnie uniósł moją dłoń, przyłożył do ust i lekko musnął wargami.
Nim odprowadził mnie do samochodu, wrócił na chwilę do ciężarówki.
- Poczekaj, przyniosę coś i ci pokażę - zawołał.
Sięgnęłam po skórzane etui, gdzie w czerwonym passe-partout, tkwiło zdjęcie formatu A6.
W tle nabrzeże portu i wysokie budynki miasta. Na pierwszym planie stałam ja, radosna, roześmiana, ufnie zatopiona w objęciach młodego mężczyzny.
 Odczytałam głośno lekko już starty napis na kartonie ramki:
- "Moja Claudia i ja. Vancouver, maj 1987".  Ale ja wtedy byłam w Polsce. Byłam dzieckiem - szepnęłam zdumiona.
- Teraz rozumiesz? - zapytał wzruszonym głosem.
- Rozumiem - odpowiedziałam cicho, choć w głębi duszy byłam przekonana, że nigdy nie uda mi się pojąć magii niektórych zjawisk i zdarzeń.

27 lutego 2011

Wyspa skrajności

Rzadko bywałam w miejskim apartamencie Gabrieli, ale wizyty tam, zawsze zapadały w pamięć.
Budynek zabytkowej kamienicy mieścił się tuż przy dużym parku, gdzie rosły wysokie na kilka metrów fikusy, piękne okazy bananowców i rozłożystych filodendronów.
Cienistymi alejkami villi przechadzały się opiekunki i nianie ze swoimi podopiecznymi, a w porze sjesty, park zapełniał się cierpiącymi na bezsenność, żwawymi staruszkami, którzy siadali na ławkach, w pobliżu fontanny i toczyli poważne dysputy.
Wyglądając przez okna mieszkania Gabrieli, miało się prawie cały park jak na dłoni, a jeszcze lepiej było go widać, gdy wychodziło się na rozległy taras.



Któregoś dnia, skuszona perspektywą kontemplowania egzotycznej, rozbuchanej zieleni, żwawym krokiem ruszyłam na taras, gdy nagle mój nos, z ogromnym impetem, uderzył w niewidzialną przeszkodę. Drzwi, oddzielające balkon od mieszkania, okazały się posiadać nieskazitelnie czystą, dużą szybę.
Skończyło się to pokaźnym siniakiem i opuchniętą, środkową częścią twarzy, ale nie wpłynęło na moją ciekawość tego miejsca.
Wielki świat zaczynał się tu już od podjazdu, na którym ustawiano najnowsze modele samochodów.
W olbrzymim, rozświetlonym blaskiem wielkich, kryształowych żyrandoli holu, który aż po sufit wyłożono marmurem w kolorze capuccino, dyżurował concierge - przystojny Sergio.
Przebrany w piękną, granatową liberię z lampasami i dekoracyjnymi pagonami na ramionach, prowadził gości do zabytkowej, zamykanej kutą kratą windy, i osobiście wciskał jeden z pięciu guzików.
- Poproszę na czwarte piętro - wydukałam nieśmiało. Tu każde piętro należało w całości do jednej rodziny.
- Oczywiście, proszę pani - Sergio z uśmiechem zamknął za mną kratę i rozpoczęłam, przydługą jak dla mnie, podróż na górę.
- Dziś musisz dzwonić dłużej, bo pokojówka ma wychodne. W domu jest tylko nowa kucharka i miną wieki, zanim usłyszy dzwonek. Wrócę najszybciej, jak tylko będę mogła - stojąc przed drzwiami przypomniałam sobie wskazówki Gabrieli.
Kucharka zjawiła się prędzej, niż się spodziewałam. Przyglądając się jej pomyślałam, że musi być w wieku mojej mamy. Być może nawet trochę młodsza.
- Buona sera, signiora. Proszę, proszę. Pani mówiła, że mam na signiorę poczekać. Głodna może? Mam kiełbaski w pomarańczowym sosie, z dodatkiem świeżego lauru. Zje?
- Nie, dziękuję. Wolę troszkę wody.
- Niech siada w salonie. Zaraz przyniosę - obróciła się na pięcie i zniknęła na końcu długiego korytarza.
Już po chwili, z uśmiechem, podawała mi kryształową szklankę.
- A wie signiora, że moja córka wyszła za mąż za karabiniera? - chętna do rozmowy, przysiadła na skraju antycznej rekamiery.
- Tak? - zapytałam, bo nie bardzo wiedziałam, co na to odpowiedzieć.
- Tak, tak - westchnęła radośnie - uśmiechnęło się do niej szczęście.
- To świetnie - zapewniłam.
- Wesele mieli. Obiad na trzy dania.
- Domyślam się, że smaczny - odpowiedziałam, gdy nagle rozległ się dźwięk telefonu.
- Pani nie włączyła sekretarki. Zapomniała, że Carla ma wychodne. Dzwoni i dzwoni. Już któryś raz - wyznała zmartwiona.
- To proszę odebrać - nie rozumiałam problemu.
Podniosła słuchawkę z pewnym ociąganiem.
- Słucham. Mieszkanie pani Gabrieli - wysapała. - Nie, nie ma jej w domu. Dobrze, proszę poczekać, przyniosę coś do pisania.
Odłożyła słuchawkę na stolik, wyszła z salonu i po krótkiej chwili wróciła z powrotem, lecz ku mojemu zdziwieniu, zamiast podjąć przerwaną rozmowę, stanęła przede mną, wręczając mi kartkę i ołówek.
- Niech tu zapisze kto dzwoni i numer.
Pomyślałam, że źle się poczuła. Podeszłam do telefonu i zapisałam, co podyktował rozmówca.
Spojrzałam na nią zaniepokojona. Nie sprawiała wrażenia chorej. Natychmiast zresztą zaczęła kontynuować opowieść o weselu córki.
I nagle mnie olśniło.
Była niepiśmienna.

Fotografia panoramy umieszczona dzięki uprzejmości Salvo Lo Grasso.

Mozart i widokówki

- Praga i Wiedeń. Zgadzasz się, Marto? - Rosa częstowała mnie mrożoną herbatą domowej roboty. Dodała do niej liście świeżej mięty. Napój był słodki i orzeźwiający. Jej siostra, Pia, patrzyła z wyczekiwaniem.
- Dziewczyny, co kombinujecie? Że niby ja mam z wami jechać? - spytałam zaskoczona, sącząc pyszną herbatę z oszronionej szklanki. - Rosa, natychmiast potrzebuję przepis! Herbata, mięta, cukier i cytryny. Coś jeszcze?
- Nic, cały sekret tkwi w zamrożeniu. Zamrażasz, rozmrażasz i gotowe.
- Pokrywamy wszystkie koszty. Jedziemy w czwórkę. Ty, my i Giuseppe. Wystarczą dwa dni - Pia miała gotowy plan wycieczki.
- Dlaczego ja? Za przewodnika? Nie znam zbyt dobrze Pragi ani Wiednia. - oponowałam słabo.
- Marta, znasz języki. Pospacerujemy, zrobimy zakupy, rozerwiemy się trochę w wielkim świecie - przekonywała Rosa.
- A co wy zdążycie zobaczyć w dwa dni? Zabraknie czasu na Pragę, a do Wiednia w ogóle nie ma sensu jechać.
- Och nie! Musimy, choćby na chwilę. Koniecznie! - wykrzyknęła Pia.
- W takim razie chcę uczciwie wiedzieć o co chodzi - zażądałam kategorycznie. - Inaczej nici z mojego towarzystwa.
- Powiemy jej? - spytała Pia, wpatrując się w starszą siostrę. Rosa przytaknęła skinieniem głowy.
- Antonia była w Pradze. Rozumiesz? Nie możemy być gorsi.
Antonia przejęła po rodzicach konkurencyjny zakład fryzjerski, w północnej części miasteczka. Obie firmy na pozór utrzymywały przyjazne relacje, jednak w rzeczywistości prowadziły wieloletnią wojnę podjazdową.
- Skąd wiecie, że tam była? - spytałam.
- Przysłała nam pocztówkę. Franca jedna! Żeby tylko nam. Wszystkim w mieście wysłała! - wykrzyknęła Rosa wzburzonym głosem. - Teraz to po prostu musimy tam jechać. I jeszcze ten Wiedeń przyszedł nam do głowy, bo tam na szczęście nie dojechała. Z Pragi do Wiednia blisko, prawda, Marta?
- W sumie nie jest daleko. A dlaczego Giuseppe chce jechać z wami?
- No wiesz, ma kolegów na studiach w Palermo - Pia opowiadała o ich młodszym bracie. - Praga i Wiedeń są w modzie. Dużo w tym sezonie znaczą. Naszym zdaniem powinien pojechać, żeby powysyłać widokówki.
- Wyślijcie za niego - zaproponowałam ze śmiechem.
Uznały jednak, że zabiorą brata.
Nie udało mi się namówić znajomych na choćby pobieżne obejrzenie Pragi. W Wiedniu jednak, natychmiast po powrocie z poczty, zażądałam spaceru do Parku Miejskiego.
Wokół lśniącego w słońcu, wykonanego z pozłacanego brązu pomnika Straussa, zebrało się sporo turystów.
- Marta, skoro już tu jesteśmy, to zrób mi zdjęcie z Mozartem! - wykrzyknął Giuseppe tęgim basem.
Zwrócił się do mnie włosku, lecz całe, obecne tam, międzynarodowe towarzystwo, wybuchnęło gromkim śmiechem.

25 lutego 2011

Figura

- Signiora Marta, jak dobrze panią widzieć. - Młody Franciszkanin stał obok furtki i wymachiwał ręką w moją stronę.
Przed bramą piętrzyły się skrzynki wypełnione pomidorami i brzoskwiniami.
- Panie Vincenzo! Co za niespodzianka! - wołałam, biegnąc w jego stronę. - To dla nas, te owoce? Dziękuję! Bardzo uprzejmie z waszej strony. Nie zasłużyłam na te wszystkie dobra! Mogliście sprzedać. Pieniądze bardziej by się wam przydały.
Vincenzo pochodził z arcybogatej, szlacheckiej rodziny.  Mówiło się, że mocno skoligaconej z królami.
Od dziecka nosił tytuł hrabiego, ale nie posługiwał się nim i nie utrzymywał kontaktów z matką.
Po śmierci ojca i ukończeniu studiów, zaszył się w małym, lokalnym opactwie Franciszkanów, które utrzymywało się z handlu rozsławionymi na cały region, owocami.
- Signiora Marta, nie jestem tu bezinteresownie - przyznał z niewinnym uśmiechem. - Potrzebujemy pani pomocy.
- Jakiej?  - spytałam zaciekawiona.
- Przed bramą klasztoru, wie pani, stoi posąg.
Spróbowałam odtworzyć w pamięci skaliste wzgórze w głębi wyspy, a na nim budynek otoczonego murem klasztoru.
I wejście, przed którym niegdyś ustawiono wysoką na trzy metry figurę.
- Pamiętam. Stoi tam posąg Franciszkanina.
- W opłakanym stanie - westchnął Vincenzo. - I właśnie chcieliśmy prosić, żeby nam pani pomogła.
- W odnowieniu figury? - spytałam, bo zdałam sobie sprawę, że mogło chodzić jedynie o to.
- Nie jesteśmy w stanie zapłacić gotówką. Możemy przywozić pani owoce, pomagać w prowadzeniu pensjonatu, sprzątać, a nawet przysłać kucharza. Zgodziłaby się pani, Marto?
- Myślicie, że dam sobie radę? To stary posąg, z resztkami farby, z wieloma ubytkami - przywołałam w myślach wygląd figury.
- Odnawiała pani freski, restaurowała posągi. Da pani radę.
- A nie wolelibyście, żeby posąg pozostał takim, jakim uczyniły go mijające lata?
- Niektórzy by woleli, ale większość chce widzieć lśniącą, odnowioną figurę.
- Dobrze. Zrobię to bez gratyfikacji. A pan, Vincenzo? Przy której opcji się pan skłania? - spytałam zainteresowana nowym wyzwaniem.  - Przy starej, okrytej patyną figurze, czy odnowionej, błyszczącej kolorami?
- Szczerze mówiąc, wolałbym nową - westchnął Vincenzo. - Patron zasługuje na najwyższe względy, a jego posąg, w obecnym stanie, niechybnie wkrótce się rozleci.
- Nie pozwolimy na to!- wykrzyknęłam, planując zadanie.
W ciągu kolejnych tygodni zjawiałam się z w odległym klasztorze z dużą częstotliwością.
Spędzałam długie godziny na przywracaniu figurze pierwotnego blasku.
Za każdym razem z zadowoleniem stwierdzałam, że mam gromadę oddanych pomocników. Podtrzymywali, podawali gips i farby, raczyli posiłkami i niecierpliwie wyczekiwali ukończenia pracy.
Efekt wspólnych wysiłków został uwieczniony w materiałach  lokalnej telewizji, a ja otrzymałam płytę z nagraniem odsłonięcia odrestaurowanego pomnika.
Vincenzo zwoził nam potem skrzynki wspaniałych warzyw i owoców.
Przywozi je zresztą do dziś, chociaż uważam, że dawno już zdołał odpłacić za pomoc.

24 lutego 2011

Właściciel

- Dzień dobry. Czym mogę służyć? - zawołałam do pary zaglądającej w okna od strony ogrodu. Tratowali rząd leśnych poziomek, które z trudem udało mi się przesadzić. Zaowocowały dopiero w tym roku.
- Jest właściciel? - zapytał mężczyzna o lśniących, zaczesanych do tyłu włosach. Jego towarzyszka obrzuciła mnie niecierpliwym spojrzeniem i nadal bezceremonialnie deptała rośliny, próbując zajrzeć do wnętrza pokoju.
- Proszę pani, dom można obejrzeć od środka - w myślach żegnałam się z wizją poziomkowego podwieczorku. - A ten pokój jest i tak, niestety zajęty - stwierdziłam kategorycznie.
- Nie rozumie pani, że mąż chce rozmawiać z właścicielem? Do you speak english? Please, call your owner - wycedziła, kalecząc angielski akcent.
- A to ci heca - pomyślałam.
Co prawda ani dres, w którym pomagałam Basi przy generalnym sprzątaniu, ani zmiotka i szufelka w dłoni, nie wskazywały na moją, rzeczywistą rolę, jednak byłam przekonana, że nawet tu musiała dotrzeć wiedza o zakończeniu czasów niewolnictwa..
- I don't have any owner - stwierdziłam z uśmiechem.
- Nie mam właściciela - powtórzyłam po włosku, kręcąc głową.
- Niech pani wreszcie zawoła właściciela - zniecierpliwiony mężczyzna spojrzał na zegarek i wysyczał, dzieląc sylaby: - Wła-ści-cie-la pen-sjo-na-tu.
- Przykro mi, nie mogę.
- Jak to? Nie ma go? - wtrąciła dziewczyna.
- Jest, jak najbardziej - odpowiedziałam, siłą powstrzymując się od śmiechu.
-  To proszę zawołać! Ma pani z tym problem? - rzucił mężczyzna, przestępując z nogi na nogę.
- Widocznie ma problem - denerwowała się jego żona, piskliwie podnosząc głos. - Ciekawa jestem tylko jaki?
- Rzeczywiście, mam problem z wołaniem właściciela - wyjaśniłam uprzejmie. - Widzicie państwo ludzi na tarasie sąsiedniego domu? - skinęłam w stronę willi sąsiadów.
- Tak, i co z tego? - zapytał mężczyzna - Może wśród nich jest ten właściciel?
- Nie, tam nie ma. Za to dokładnie słychać nasze głosy.
- Jedziemy skarbie, to jakaś wariatka - stwierdziła dziewczyna, odwracając się w stronę lśniącego kabrioletu.
- Zaraz, kochanie. Ja to wyjaśnię do końca. Przecież spodobał ci się hotelik i widok na zatokę. Nie będziemy rezygnować z powodu tej pani.
- Obawiam się, że polecą głowy i pożegnamy się z pracą w tym pięknym miejscu! - rzucił ze złością, grożąc mi palcem. - Chyba, że pani rzeczywiście zwariowała i chce się narazić na nieprzyjemności.
- Właśnie chodzi o to, żeby nie wyjść na wariatkę - odparłam, krztusząc się śmiechem. - Wybaczcie państwo, ale nie będę wołać samej siebie w obecności sąsiadów i personelu. Wzięliby mnie za osobę niepoczytalną. Nie zrobię tego nawet dla potencjalnych gości mojego pensjonatu.
-  Aha, to do widzenia - mężczyzna dłuższą chwilę oglądał czubek lakierowanego buta, po czym wytarł z niego niewidoczny pyłek.
- Powiedziałabym raczej: żegnam - odpowiedziałam sucho.
Zanim zamknęłam okno, spojrzałam jeszcze na zdewastowane krzaczki poziomek. Może uda się zebrać choć jeden, mały pucharek.