***


"
Krajobraz, który zawarł w sobie to wszystko, co zostało stworzone na ziemi, by oczarować oczy, umysł i wyobraźnię"


08 marca 2011

Zapiski podkowiańskie (kwiat paproci).



- Poszli w czwórkę. Dziadek opowiadał, że zawsze się razem trzymali. Jeden z nich, Władek, odwiedził go nawet po śmierci - Alicja odwróciła się do okna i lekko odchyliła kołkową firanę z motywem ryczących jeleni. - Joasia idzie.
- No jestem! - krzyknęła od progu zarumieniona mrozem Joanna, rozcierając zmarznięte dłonie. - Witajcie kochane. Jest ciepła herbata?
- Siadaj, zaparzę świeżą - Julia krzątała się już przy dębowym, rzeźbionym w akantowe girlandy kredensie. Wyjęła porcelanową filiżankę.
- Moja ulubiona, przedwojenny Wałbrzych - Joanna nie kryła zachwytu.
- Altwasser. Stary Zdrój. Prawdziwa piękność od Tielscha. Zostało osiem z całego kompletu - Julia delikatnie odwróciła filiżankę. - Ta jest znakowana sygnaturami malarek. Ala, co z tym dziadkiem? Po czyjej śmierci?
Alicja przeczesała palcami kasztanowe loki.
- Po śmierci kolegi mojego dziadka, najstarszego syna sąsiadów.
- O czym opowiadałaś? - Joanna przykucnęła obok kuchennego pieca dorzucając do środka grubą szczapę drewna. Odwróciła się do Alicji. - Powiedz od początku, proszę.
- O wyprawie dziadka po kwiat paproci. Dopiero zaczęłam.
Wybrali się w czwórkę. Dziadek miał wtedy 12 lat, jego przyjaciele byli w zbliżonym wieku. Rok później zaczęła się wojna.
Umówili się za wsią, na rozstajach. Długo po zachodzie słońca. Gdy weszli do lasu, dawno zapadł już zmierzch. Pachnąca, duszna noc w końcu czerwca. Cykanie świerszczy, nawoływania zwierząt i chmary świetlików, robaczków świętojańskich. Teraz już prawie ich nie ma.
Chcieli dojść do środka lasu, żeby znaleźć zaczarowany kwiat z baśni i legend. Wiedzieli, że zakwita tylko raz w roku, ale potrafi spełniać życzenia.
Szli odważnie, wcześniej długo przygotowywali się do wyprawy.
Kolega dziadka podkradł rodzicom butelkę z wodą święconą, trzymaną od zimowej kolędy w kredensie, w wystawnym pokoju, obok lichtarzy i srebrzonego krzyża. Ten krzyż też zresztą zabrał na wszelki wypadek. Chłopcy spodziewali się spotkania z pilnującymi kwiatu duchami i przewidywali, że to będzie trudna konfrontacja.
Wiedzieli, że tej magicznej nocy, ukryte w ziemi skarby wydostają się na powierzchnię i wirują mieniąc się diamentowo w świetle księżyca. Mówiono we wsi, że wtedy, raz w roku, podziemne skarby się przesuszają, a tego przesuszania pilnują duchy, upiory i dawno zmarli skarbnicy.
Przeszli już spory kawał drogi, gdy zorientowali się, że błądzą. Znajomy las zmienił się nagle w zupełnie obce miejsce. Czas mijał, czuli zmęczenie i coraz większe rozczarowanie, bo nie dosyć, że nie było kwiatu, to nigdzie nie rozbłysł księżycowym blaskiem żaden skarb, ani nawet żadna, choćby najmniejsza moneta.  Świetliki poszły już spać. Ucichły świerszcze.
Rozczarowani chłopcy dostrzegli przed sobą skraj lasu, a za nim łąkę i zabudowania. Za chwilę zacznie dnieć, a oni chyba trafili do sąsiedniej wsi.
Postanowili podejść do pierwszego domu, obudzić gospodarzy i zapytać o drogę. Na wschodzie widać było już pierwszą, nieśmiałą zapowiedź wschodu słońca.  Łąką szły trzy kobiety do porannych sianokosów. Zaskoczone widokiem dzieci w lesie o tak dziwnej porze zatrzymały się i zapytały: "Zgubiliście się w lesie? Nie potraficie trafić do domu?" "Chyba zabłądziliśmy" przyznał mój zawstydzony dziadek i nieśmiało wyjaśnił, dokąd muszą wrócić. Kobiety wskazały im drogę powrotną i oddaliły się upominając, żeby szli prosto do domu.
Skruszone dzieciaki weszły na ścieżkę i jak po nitce, po niedługim czasie, dotarły w znajomy rejon lasu. Jeszcze chwila i opuszczą las, są już bezpieczni.
Całą czwórką, ramię w ramię wyszli na drogę wiodącą do ich wioski. Spojrzeli przed siebie, spojrzeli po sobie i znieruchomieli.
Panowała głęboka noc. Nad nimi rozpościerało się niebo pełne gwiazd, a wysoki księżyc nie miał jeszcze zamiaru ustępować wschodzącemu słońcu. Z najbliższych zabudowań rozległo się pierwsze pianie koguta.
Było tuż po północy.
I tak skończyła się ta wyprawa. Chłopcy popędzili co sił w nogach do domów i stracili ochotę na zdobywanie kwiatu. Ani rok, ani dwa lata później nie planowali już poszukiwań. Potem los rozdzielił ich na zawsze, ale to inna historia.
Czasami dziadek czułym gestem przywoływał mnie do siebie i mówił: "Wiesz, Alusiu, musieliśmy wtedy być bardzo blisko niego, widocznie jednak nie był nam pisany. Rozmawiałem za to z najprawdziwszym duchem i powiem ci kochana, że to był pierwszy, ale nie ostatni raz w moim życiu."

1 komentarz:

  1. Czyta się Ciebie Marto jak dobrą powieść i wciąż chce więcej :).

    Ps. Kai - śliczne imię!

    OdpowiedzUsuń