- Giu, daleko jeszcze? - zapytałam skulona na siedzeniu, odwróconym przeciwnie do kierunku podróży. - Jeśli tak, to wysiadam.
Dostałyśmy najgorsze, ostatnie miejsca na dolnym pokładzie. Stały ląd oddalał się sprzed oczu w szybkim tempie. Zaczynało mi się kręcić w głowie.
- Jeszcze chwilę. Vulcano jest pierwszym portem w trasie - uspokajała mnie.
Gdyby ktoś jednak usadził mnie inaczej, zobaczyłabym wyrastający z morza masyw, dymiący gdzieniegdzie nitkami szarej pary. A wokół niego szereg mniejszych wysepek i skał zatopionych w wodzie. Wtedy nie zamarudziłabym ani jednym słowem.
Przywitał nas niewielki port, w którym życie wchodziło w jesienne, spowolnione obroty. Zaledwie kilka jachtów i pustych, rybackich łodzi. Gdzieniegdzie garstka turystów, a wszędzie zapierający dech widok.
- W sezonie port tętni życiem - stwierdziła Giuseppina. - Teraz mamy wyspę niemal całą dla siebie.
Minęłyśmy przystań i wspięłyśmy się niespiesznie pod górę. Po prawej stronie drogi z jasnego kamienia, rozciągały się rzędy ustawionych szeregowo, parterowych domków.
- Jesteśmy na miejscu - wykrzyknęła Giu i pobiegła przywitać się z siedzącym na tarasie pierwszego bungalowu mężczyzną.
- Jest ktoś jeszcze? - wołała. - Dzień dobry, panie Tino.
- Dzień dobry, Giuseppina - odpowiedział z uśmiechem, podając jej klucze. - Są ci nowi na końcu alejki i wasz sąsiad, profesor z Messyny.
- Alessandro. Przyjechał z rodziną?
- Jak zwykle o tej porze. Z synem i bez żony. Ona bywa tu tylko latem, poleżeć. A chłop zamiata i myje gary. Co się wyprawia na tym świecie, Giuseppino?
- Musisz wiedzieć, że tu Alessandro jest spalony - szepnęła, gdy szłyśmy aleją w stronę jej bungalowu. - Nawet, gdy małżonek, od wielkiego dzwonu, pomoże ci sprzątać mieszkanie, to pod żadnym pozorem nie może ujawnić tego przed światem. Zyskałby miano pantoflarza w najlepszym wypadku.
- Wiem, Giu - potwierdziłam ze śmiechem. - Pantoflarza w najlżejszym przypadku.
Cdn.
A wiesz, tu troche inaczej jest, bo mezczyzna pomagajacy w domu, wychodzacy z dziecmi na spacer czy zakupy, nie jest rzadkoscia.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Hej Lauro,
OdpowiedzUsuńSpacer z dziećmi i zakupy, to żaden dyshonor dla południowca (lubią robić zakupy), ale prace porządkowe w domu(nie licząc remontu), takie jak zmywanie naczyń, odkurzanie, mycie podłogi już raczej tak i jeśli panowie to robią, to raczej niechętnie się przyznają.
Nie mam na myśli nowoczesnych małżeństw,tylko tradycjonalne, które są w przewadze.