- Ot, małe, schowane w górach miasteczko, bez większych atrakcji. Naprawdę, wszędzie stamtąd daleko. Godzina jazdy nad morze, kawał drogi do Palermo, jeszcze dalej do Katanii. Młodzi uciekają, okoliczne farmy pustoszeją. Spodoba ci się arabska architektura, ale nie na tyle, żebyś chciała tam wracać.
- Najbardziej zależy mi na tych obrazach - tłumaczyłam Ani, pasjonatce wyspy i jej mieszkańców.
Słyszałam, że w miasteczku rezyduje malarz, słynący w okolicy ze swoich prac. Chciałam przyjrzeć się jego obrazom.
- Pojedziesz sama? - zapytała Ania.
- Jasne. Zrobię sobie wycieczkę w głąb wyspy.
Wyposażona w mapy i nawigację samochodową, ruszyłam z domu przed jedenastą, żeby po sjeście dotrzeć na miejsce.
- Musi tu mieszkać sporo malarzy - myślałam, mijając nieliczne sklepy przy głównej ulicy miasteczka. Niemal co drugi miał w asortymencie akcesoria malarskie. Profesjonalne farby, blejtramy, a nawet drewniane sztalugi.
Wysiadłszy z zaparkowanego w cieniu samochodu, skierowałam się na niewielki, skąpany w słońcu rynek. Nim odnalazłam pracownię malarza, zwróciłam uwagę na osobliwe zachowanie mężczyzny w średnim wieku. Wypakowywał z ciężarówki pojemniki pełne żywych, kolorowych kwiatów, szykując najwidoczniej stoisko handlowe.
Nagle spory, szklany wazon wypadł mu z rąk, rozbijając się na kamiennych płytach chodnika. Nie byłoby w tym może niczego dziwnego, w końcu każdemu zdarza się upuścić coś od czasu do czasu, gdyby nie przeświadczenie, że stało się to z mojego powodu.
Wpatrywał się we mnie stojąc nieruchomo, nie zwracając uwagi na odłamki szkła pod nogami.
Zastanawiałam się, czy nie spotkaliśmy się kiedyś, ale nie odnalazłam w pamięci jego twarzy. Nie pojawiła się również, towarzysząca mi w takich przypadkach, obawa o popełnienie faux pas, z powodu wrodzonej skłonności do zapominania wyglądu osób, którym powinnam się kłaniać.
Czasami, gdy ktoś wydał mi się znajomy, a nie wiedziałam skąd, wolałam pierwsza mu się ukłonić, bo dobrze pamiętałam swoje zażenowanie, gdy nie poznałam i nie pozdrowiłam własnej sąsiadki.
Uśmiechnęłam się i odwróciłam głowę.
- Jeśli mnie zna, to sam podejdzie - pomyślałam i weszłam do pracowni.
Oczarowana wizytą w galerii, dopiero wychodząc przypomniałam sobie o człowieku z kwiatami.
Przy straganie krzątał się teraz jakiś młody chłopak. Nie było śladu po mężczyźnie od rozbitego wazonu.
Skierowałam się w stronę samochodu.
- Claudia! - za moimi plecami rozległo się wołanie.
- Claudia! - ktoś krzyknął jeszcze głośniej. W głosie brzmiała nadzieja, radość i niedowierzanie.
- Nie obejrzę się, by nie wyjść na ciekawską - myślałam. - W końcu imię Claudia do mnie nie należy, choć bardzo mnie korci, żeby dowiedzieć się, jak wygląda tajemnicza Claudia i posiadacz stęsknionego głosu.
- Claudia! Please, wait - wydyszał ktoś tuż moim przy uchu.
Przede mną, na chodniku, nie było nikogo. Ze zdumieniem stwierdziłam, że słowa są kierowane do mnie.
Odwróciłam głowę.
Facet od rozbitego wazonu stał pół kroku z tyłu i wpatrywał się we mnie tak intensywnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.
- Nie jestem Claudią, pomylił mnie pan z kimś - powiedziałam po włosku. Zrobiło mi się odrobinę przykro, że muszę go rozczarować.
- Tak, teraz widzę. Przepraszam. Dziś Claudia musiałaby być od pani starsza. To niemożliwe. Ta sama twarz, sylwetka, włosy. I chodzi pani tak samo - zdawał się być ogromnie poruszony. - Nie spodziewałem się, że kiedyś znów ją zobaczę.
- Przykro mi, jestem Marta - uśmiechałam się zażenowana. - Ja nawet nie znam żadnej Claudii.
- Mam na imię Charlie. Najmocniej przepraszam za moje zachowanie. Nie zdarza mi się zaczepiać i niepokoić kobiet na ulicy - jego spojrzenie nie traciło intensywności.
- Nic się nie stało - zapewniłam z uśmiechem.
Byłam ogromnie ciekawa nieznanej, podobnej do mnie, angielskojęzycznej Claudii i - jak intuicyjnie wyczuwałam - historii miłości tych dwojga, dlatego nie oponowałam, gdy zapytał:
- Marto, czy da się pani zaprosić na lody, w kawiarni obok? Zrobi mi pani wielką przyjemność. Ten dzień będzie dla mnie niezapomniany.
- A co z pana kwiatami? - spytałam.
- Och, rzeczywiście, przepraszam na moment - odbiegł w stronę straganu, by po chwili wrócić z naręczem najdłuższych, pąsowych róż, jakie kiedykolwiek widziałam.
- Prowadzę stragan z siostrą i jej synem. Siostrzeniec mnie zastąpi - uśmiechnął się, wręczając mi kwiaty. Oszołomiona widokiem bukietu, przyjęłam je bez słowa.
- Minęło ponad dwadzieścia lat, odkąd widziałem ją po raz ostatni. Nie wiem gdzie mieszka, czy wyszła za mąż i czy w ogóle żyje. Nim opuściłem Kanadę, słyszałem, że wyjechała z miasta.
Zbliżał się wieczór, a ja, zasłuchana w opowieść Charliego, zupełnie straciłam poczucie rzeczywistości.
Opisywał młodość i miłość w Vancouver. Subtelną, osieroconą przez rodziców Claudię, która różniła się od koleżanek Charliego - głośnych, kruczowłosych córek sycylijskich emigrantów.
Zabierał ją w góry, wspólnie podziwiali zachody słońca z Parku Stanleya, spędzali długie godziny w Chinatown, wśród prowizorycznych straganów i barów z najdziwniejszymi, orientalnymi potrawami.
- Chciała, żebym skończył studia i stał się porządnym facetem. Własny dom, ogród, gromadka dzieci. A ja jej tego nie dałem - westchnął zmartwiony - To miał być ostatni skok z kolegami. Nie powiedziałem jej, bo nigdy by się nie zgodziła. Miałem zobowiązania wobec kumpli z dzielnicy.
- I wszystko się posypało? - spytałam, wyginając wargi w podkówkę.
- Marto, ty nawet układasz usta jak ona - niepostrzeżenie przeszedł ze mną na "ty". Wypadło to bardzo naturalnie.
- Oszukałem ją. I wpadłem.W areszcie, podczas oczekiwania na deportację, nie mogłem już niczego naprawić. Zostawiłem ją samą na świecie.
- Nie chciałeś wrócić po odbyciu wyroku? Nie chciałeś jej odnaleźć?
- Nigdy niczego bardziej nie pragnąłem, mam jednak dożywotni zakaz powrotu. Zresztą, w przeciwieństwie do mnie, na pewno ułożyła sobie życie.
- Ale widocznie nie jestem taki zły, skoro Pan obdarowuje mnie cudami. Dzisiejsze spotkanie jest jednym z nich - nie spuszczając wzroku z mojej twarzy, delikatnie uniósł moją dłoń, przyłożył do ust i lekko musnął wargami.
Nim odprowadził mnie do samochodu, wrócił na chwilę do ciężarówki.
- Poczekaj, przyniosę coś i ci pokażę - zawołał.
Sięgnęłam po skórzane etui, gdzie w czerwonym passe-partout, tkwiło zdjęcie formatu A6.
W tle nabrzeże portu i wysokie budynki miasta. Na pierwszym planie stałam ja, radosna, roześmiana, ufnie zatopiona w objęciach młodego mężczyzny.
Odczytałam głośno lekko już starty napis na kartonie ramki:
- "Moja Claudia i ja. Vancouver, maj 1987". Ale ja wtedy byłam w Polsce. Byłam dzieckiem - szepnęłam zdumiona.
- Teraz rozumiesz? - zapytał wzruszonym głosem.
- Rozumiem - odpowiedziałam cicho, choć w głębi duszy byłam przekonana, że nigdy nie uda mi się pojąć magii niektórych zjawisk i zdarzeń.
10 lat temu
Marto- miło mi Cię poinformować że mam dla Ciebie małą niespodziankę,jak będziesz miała chwilkę to zapraszam
OdpowiedzUsuńhttp://arabellamix.blogspot.com/2011/03/and-winner-is.html
Zajrzałam, dziękuję:)
OdpowiedzUsuńWielką mi sprawiłas radość :)
Niesamowita historia :)
OdpowiedzUsuńZagladam do Ciebie, rowniez mieszkam we Wloszech, ale na polnocy :)
niezwykłe ...
OdpowiedzUsuńRomantyczna historia...... czyżby dlatego, że bez happy end'u?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Mała Mi
Dziewczyny - strasznie mi miło, że zaglądacie tutaj :)
OdpowiedzUsuńWitaj Lauro - przyjemnie mi Cię gościć.
Mała Mi, Mamo Ammara - historia jest autentyczna.
Niestety bez happy endu z Claudią, my jednak zaprzyjaźniliśmy się z Charlie'm.
Jest to co prawda przyjaźń na telefon, choć czasem się widujemy w szerszym gronie. Mój mąż ma trudności z zaakceptowaniem dość specyficznego stosunku Charliego do mnie:)
Zresztą, wcale się nie dziwię mężowi i go rozumiem :)
Pozdrawiam Was ślicznie.
Marto - też wcale nie dziwię się Twojemu mężowi :)
OdpowiedzUsuńpiękne masz te historie :)
OdpowiedzUsuń